niedziela, 27 listopada 2016

Koniec tygodnia...

Kolejny tydzień się kończy, taki w połowie wiosenny, w połowie nieciekawy i z potężnym smogiem. Niestety, ta brzydka część jak zwykle w weekend, żeby nie móc skorzystać z pięknej aury, ciepełka - i by szlag człowieka trafiał podczas gdy jest srodze zajęty gonitwą za nieuchwytnym.

Do tego generalne zmęczenie materiału. Weekend w zasadzie przespany, trochę pobiegane podczas tych pięknych godzin z niższym stężeniem pyłów w powietrzu. O tej porze roku praktycznie nie wychodzę na trening bez sprawdzenia radaru zanieczyszczeń powietrza.

Ostatnio coraz bardziej tęskno mi do mojego dawnego psa, nie wiedzieć czemu. Może spotykanie coraz częściej biegaczy-psiarzy przywołuje wspomnienia. Ale swojego piesa mieć nie mogę póki co i pewnie jeszcze dłuuugo mieć nie będę mogła, więc nawet już myślałam o tym by zacząć wolontariat w tym temacie w jakimś schronisku w roli wybiegiwacza podopiecznych gdy będzie czas. A póki co zaczęłam zgarniać na chwilę szczęśliwości sunię znajomych, oficjalnie zostając psią ciocią. Zaczynam poznawać przy okazji zalety posiadania psa z gatunku prawie kieszonkowców :). Sunia boska, najgrzeczniejsza w świecie, chodząca reklama adopcji psiaków ze schronu. Szczęśliwie moja Kota (aktualnie na stanie sztuk jedna) nie jest zazdrosna. Pewnie dlatego, że wymuskana, wygłaskana i wytulona na bieżąco ;)

Dziś już nie było ani leniwie, ani śpiąco, ani sportowo. Zaczęło się od łupania w kręgosłupie, zwiastującego nadejście deszczu ze śniegiem. A właściwie to z lodem. Wreszcie też przetłumaczyłam do końca drugi już tomik poezji na hiszpański. Długo to leżało u mnie i czekało na lepszy czas. Ale czas nadszedł, przynajmniej rękopis już jest. Chcę pozamykać tegoroczne sprawy przed Sylwestrem, a to już za moment. Tylko coś sprawy związane ze starą pracą się zamknąć nie chcą i ex-służbowy sprzęt się kurzy zalega w szafie i nikt go nie chce zabrać. Nawet mi to już nie dziwne... Po wszystkich tegorocznych zdarzeniach nie wiem czy jeszcze cokolwiek jest w stanie mnie zdziwić czy zgorszyć. Ale wolę nie mówić, że limit zła wyczerpany za wszystkie przyszłe czasy, bo los lubi mi udowadniać jak bardzo się mylę w tej kwestii.

Dopiero co kończył się sierpień i śmigałam weekendami na rowerku nad jezioro, a tu już po Andrzejkach. Brakuje mi tego bezmyślnego pedałowania, brakuje mi dostrzegania po drodze pięknych obrazów, przesiadywania nad brzegiem jeziora lub na malowniczym pomoście. Teraz to tylko szybko wyskoczyć z domu na bieganie i równie prędko wiać do domu po treningu by nie ostygnąć w mokrych ciuchach. Nie lubię jesieni i zimy, tego chłodu i krótkich dni. Byle jakoś przetrwać do wiosny...

środa, 23 listopada 2016

Nowi sąsiedzi - nowa jakość

Nie ma to jak remont generalny u sąsiada. O dziwnych porach. Od pół roku. Sąsiad chyba telepatycznie zlokalizował gdzie mam sypialnię i w który kaloryfer należy kilka razy ot tak niby przypadkowo stuknąć o chorej godzinie, by mnie wyrwać z ramion Morfeusza. A potem odczekać chwilę i przystępować do "rąbanki właściwej". Idziesz spać późno w nocy bo dłubiesz przy pracy - to nie dośpisz rano. Chcesz podładować akumulatory popołudniu - akurat jak odpływasz w drzemkę sąsiad zaczyna się tłuc tam na górze. I jeszcze zdaje się machnęli sobie na podłogę panele...bez wyciszenia. A myślałam, że po poprzednich sąsiadach, ktokolwiek by tam się nie wprowadził to będzie lepiej, ciszej. Generalnie miała być idylla i stan zen. Jest remont bezendu i stan zombie.

A tymczasem za oknem listopadowa wiosna, poszłoby się na rower, albo pobiegać, ale na razie już po samym otwarciu okna poczułam smród powietrza, szybkie zerknięcie na radar potwierdziło utrzymujące się po nocy jego zasyfienie. Czyli można zajmować się znów tylko pracą. Na razie to praca przy próbach zorganizowania sobie pracy, więc w zasadzie non stop. Brak stabilizacji zawodowo-finansowej to coś co bardzo daje popalić. W takich sytuacjach osamotnienie i brak wsparcia ze strony rodziny boli najbardziej. Ale jest jak jest i nie ma się co już na tym skupiać. Podobno za uwagą płynie energia, więc chyba lepiej ze wszystkich sił starać się tę uwagę kierować na przyszłość. Szkoda tylko, że medytacje i wizualizacje na ten temat już nie działają tak jak kiedyś.

wtorek, 22 listopada 2016

Na peryferiach metropolii

Czasem słyszę, że życie to sinusoida - raz w górę, raz w dół. Fortuna kołem się toczy i takie tam. Dziś wpadłam na blogspota zrobić kilka porządków i...zaczęłam czytać swojego bloga. Jakoś tak mi się cieplej na duszy zrobiło widząc zapiski z iluś-tam lat wstecz. Ładnie uporządkowane przemyślenia, wzloty i upadki, poszukiwania lepszej strony w każdym zdarzeniu, starania, by zachować pogodę ducha - "Mimo wszystko". Blog przypomniał mi, że miałam również moment "Po prostu". Dziś mogłabym rzec jestem w momencie "Od nowa". A dokładniej - "Od zera". Bo czasem rzeczona sinusoida przeradza się w równię pochyłą.

Czasem mówisz: "już nie może być gorzej, więc może być tylko lepiej" ...i wówczas łubudu! - dzieje się jeszcze gorzej. A przecież gorzej miało się już nie dać. Człowiek bywa w sytuacjach, o których mu się w najgorszych snach nie śniło. I co? I nic. Mimo wszystko musi kiedyś podnieść się z ziemi na kolana, potem z kolan stanąć na nogi, zacząć iść naprzód, może w końcu kiedyś rozpędzić się do biegu.

Takie momenty mogą okazać się momentami weryfikacji wszystkiego co cię otacza. Czasem okazuje się, że to, co się postrzegało jako fakt, jest ułudą. Że wokół tylko gruz i zgliszcza. Że otwierają ci się oczy na sprawy, których w sumie wolałabyś nigdy nie zauważyć. Przewartościowania na wszystkich frontach. Straty. Jesteś w czarnej d...ziurze.

Fajne czasy nastały, że spora część ruchu w necie przeniosła się na portale typowo społecznościowe i taki blog wydaje się być spokojną enklawą pośród najbliższych blogowych sąsiadów. Zupełnie jak wtedy gdy zakładałam tego bloga w 2009 roku. Wtedy blogi to było wielkie WOOOW, teraz chyba troszkę przeżytek. No i w niczym nie przypomina fejsa pełnego marketingu. Sama zresztą to robię - przecież nie wrzuca się smutów ani porażek na społecznościówki. Niekoniecznie się pisze o przemyśleniach bo tam rządzą obrazki. Czasem umierałam z ubawu, gdy ktoś usiłował się ze wpisów na  fejsie dowiedzieć co u mnie. Czasem do tego stopnia naiwnie, że z postów publicznych ;). W porównaniu ze zgiełkiem fejsa, blog osobisty jest jak wyjazd na peryferia metropolii. Spróbuję wrócić do moich zapisków. Chciałabym by to był notes, gdzie zapisuję przemyślenia, skrawki życia i śledzę własny progres "Od zera".