poniedziałek, 23 czerwca 2014

Poranek w pracowni

Pierwszą rzecz po wejściu do pracowni, po włączeniu komputera, okazało się był wyjęcie z kontaktu wtyczki niszczarki do papieru. Strach się bać co by był gdyby tam wlazł jakiś koci ogon albo ucho.

Podłączam dyski zewnętrzne, wysuwam stolik klawiatury. Po chwili na kolanach czuję czyjeś łapiszony. wsuwam klawiaturę a tam Fortuna na pudle komputera zwanego "Smokiem" (z racji swoich mocy obliczeniowych) kombinuje jak by tu mi się wpakować na kolana. W tym czasie Daphne okupuje kosz na śmieci bo tam tyyyyle pasków papieru z niszczarki przecież, że niewykorzystanie zasobów byłoby wysoce nierozważne.

W międzyczasie Fortuna nadal kombinuje jak by tu jednak wleźć mi na kolana, tym razem z wielkiego pudła do przechowywania tkanin. Ale niestety jest za daleko, więc wlepia we mnie wielkimi oczyma i miauczy wniebogłosy. W tym czasie spod palców ucieka mi klawiatura! Po ruchu kabla do niej doczepionego mniemam, że ktosik ją próbuje mi ukraść. No bo co to za pracowanie skoro pogoda taka piękna, słońce świeci, koty chcą głasków itd. Praca to strata czasu generalnie.

W momencie prób odzyskania klawiatury, nagle czuję czyjeś pazury na udzie. Tak, to Fortuna w końcu znalazła sposób wskoczenia na prezesowski fotel i już układa się na moich kolanach. Ewidentnie trzeba jej znów przyciąć pazurki, choć z tymczasu przyszła do mnie z przyciętymi. Podczas gdy Fortuna już rozpływa się w mruczeniu na moich kolanach moszcząc sobie gniazdko i usiłując wleźć mi do kawy na biurku, Daphne spogląda z podłogi, wyraźnie zazdrosna o siostrę. Po chwili czuję znów pazury ale na kolanie ...a potem jak te pazury zjeżdżają mi w dół. Daphne wyraźnie źle wymierzyła dystans lotu wzwyż. Ale już po chwili obie okupują moje kolana. Spokojna Daphne jednak jak już śpi to śpi. Ale Fortuna szybko się nudzi i zaczyna szukać problemów. Właśnie usiłuje wspinać mi się po koszulce i zwiedza tyły prezesowskiego fotela.

Nudno nie jest :)

sobota, 21 czerwca 2014

Zamiast NaTymczasie - NaStałce

Rola kociego domu tymczasowego to jedna z najwartościowszych życiowych ról w jakie się zaangażowałam. Nie jest to zadanie łatwe jeśli chce się to robić z głową i zachowując pewne zasady, które przekładają się bezpośrednio na komfort i dobro podopiecznych. To autentyczna praca wymagająca siły psychicznej, która pozwoli zaopatrzonego własnym wysiłkiem, wyleczonego, wymuskanego i doprowadzonego do psychicznej równowagi kota przekazać we właściwe ręce - krótko mówiąc - oddać.

Czas jednak na coś stałego w życiu pełnym tymczasowości. Poznajcie dwie Rezydentki, siostry zgarnięte przez pracowników lokalnej Fundacji z ruchliwej ulicy. Ochrzciłam je jako (księżną) Daphne i (zadymiarę) Fortunę, wedle ich typów usposobienia. Od południa trwa okupacja moich kolan, głowy i innych części ciała przez dwie rude przylepy, oczywiście gdy akurat nie są zajęte sianiem zniszczenia :D . Dom odżył :)



Tak więc teraz, jak każdy szanujący się opiekun kocich dzieci, będę barrrdzo zajęta. Koty muszą wyjść na koty, bo na ludzi to może lepiej nie :).

W 100% babskie towarzystwo w domu. Istny sabat :D .
Może się przefarbuję na rudo? ;)

sobota, 14 czerwca 2014

Mundialowe cuda wianki

Przyszedł Mundial, ja znów zamieniam się w kibola, bo uwielbiam piłkę nożną na tak wysokim poziomie. Jak na razie trochę niespodzianek, bo tu ktoś spuszcza potężny łomot mistrzom, że normalnie zawał, tam ktoś równa z ziemią niby czarnego konia zawodów, bramki się sypią, chłopaki zasuwają po boisku jak z pieprzem (widać, że nie ma tam śladu leniwych Polaków) i generalnie nie jest nudno.

Jednak jest coś co mnie strasznie irytuje. Mianowicie niezrozumiałe maniery językowe komentatorów i dziennikarzy.

Wczoraj się nasłuchałam bzdurnego akcentowania na siłę nazwisk Hiszpanów, gdzie wystarczyłoby przeczytać je podobnie jak w języku polskim. Ileż można słuchać np. prostego nazwiska “Ramos” fikuśnie akcentowanego na ostatnią sylabę, zamiast je zwyczajnie przeczytać po polsku (i jednocześnie prawidłowo)? Pan dziennikarz jeden z drugim chce błysnąć i pokazać, że wie coś czego inni nie wiedzą? Szkoda zatem, że wie źle.

No ale ok, choć zęby bolą - jestem w stanie wybaczyć kombinowanie z nazwiskami zawodników. Mogą nie znać niuansów językowych (ale w tym momencie po co te kombinacje alpejskie?), choć w sumie powinni się przygotować przed meczem, bo cała Polska słucha i się uczy głupot.

Ale gdy słyszę u dziennikarza-komentatora jak polskie słowo "Kostaryka" z uporem maniaka akcentuje na pierwsze "a" zamiast "y" to mnie szlag trafia po dłuższej chwili.

Tak, czepiam się. Dlaczego? Ano dlatego, że gdzie jak gdzie, ale w mediach u profesjonalistów jednak powinno się przestrzegać czystości wymowy języka ojczystego.

Ciekawe ile się jeszcze takich potworków nasłucham do końca mistrzostw, ile razy stracę cierpliwość i będę o krok od wyłączenia fonii. Bo to naprawdę wkurza.

A może panowie komentatorzy mają własny, mały mundial, gdzie konkurencją jest poziom zajebistości językowej?

niedziela, 25 maja 2014

W moim raju – cz.2

Przebywając tutaj znów przypomniałam sobie, kiedy jestem najszczęśliwsza. Najszczęśliwsza jestem wśród zwierząt i natury. A tutaj jest tego pod dostatkiem. Ogromne łąki, pastwiska, lasy, polany, daleki horyzont i mnóstwo zieleni, przy których wzrok odpoczywa.

Tutaj wszystko jest jak pies. Kot chodzi przy nodze, przynajmniej dopóki nie ma na horyzoncie psów. Psy zawsze w pełnej gotowości by towarzyszyć w “obchodach” i przy koniach. Nawet konie chodzą za człowiekiem krok w krok jak przerośnięte psy. Jak cienie. Wszystkie zwierzaki od dużych po małe tulą się, łaszą, zaczepiają i sępią uwagę i głaski. Zaczepki koni i spoczywający na moim ramieniu koński łeb gdy przykucam ustawiając aparat to dla mnie przeżycie absolutnie nowe. I jakże cudowne!

IMG_5396
A to to co to? Trzy nogi...dziwne...może trącę nosem? Co mi tu stać będzie?

To prawda, że wsiąść na gotowego, osiodłanego konia i jeździć na nim bo ktoś mu każe – można wszędzie, w każdej stajni. Ale taki kontakt z końmi to zupełnie inna bajka. To możliwość zbudowania relacji z tym pięknym i inteligentnym zwierzem, gdzie zwierz przychodzi się z tobą przywitać bo usłyszał twój głos i CHCE to zrobić. Gdy stado koni podąża za tobą, trzymając się tak blisko, że nie sposób ich fotografować bo ciągle “siedzą w obiektywie”, a wręcz go zaparowują nozdrzami. Gdy te, które cię polubiły najbardziej, na twój widok wręcz odłączają się od stada by wyjść ci naprzeciw.

Takie relacje z końmi cieszą bardziej niż ich dosiadanie.

IMG_5401
Moja trawa!

Godzinami mogę je obserwować, podziwiać, towarzyszyć im. A one potrafią towarzyszyć człowiekowi, albo wiedzione ciekawością – przyjść do ciebie, zobaczyć co porabiasz na kocyku w polu.

Wystarczy cierpliwość i czas.

IMG_5449
Tul mnie! Głaszcz mnie! A tak w ogóle...mogę się o ciebie podrapać?

sobota, 17 maja 2014

W moim raju–dzień przyjazdu, cz.1

Wreszcie uciekłam z miasta. Od domu, otoczenia, wspomnień, smutnej rzeczywistości, źle kojarzących się miejsc. I od permanentnej inwigilacji. Mimo, że jest zimno i leje, wszedłszy w ten inny świat, nagle czuję, że mogę oddychać.

Chodząc po ścieżce przy polanie albo po leśnych dróżkach, aż dziwnie się czuję, gdy co rusz zza krzaka, zakrętu nie wyskakuje jakiś biegacz, rowerzysta, znajomy albo pies sąsiada biegający luzem. Za to w błocie ślady końskich kopyt, zalewane przez ulewny deszcz. Ale to nic. Jest kurtka przeciwdeszczowa, są dobre, nieprzemakalne buty – nic mnie nie ruszy. W taką pogodę nawet lokalne żmije się chowają.

A konie spokojnie sobie stoją na pięknym, wielkim pastwisku, na tle malowniczych drzew. Podnoszą zaciekawione głowy i patrzą na mnie. Dziwny, czerwony, mały punkt, dotąd niewidziany w tych stronach. Przynajmniej dla tego stada. Dla tego stada jestem “nowa”.

Wieczorną porą siedzę w łóżku z książką w swoim pokoju. A właściwie to wypasionym apartamencie. I wciąż nie mogę się nadziwić, że istnieje takie miejsce, “moje” miejsce na ziemi, w którym gospodarze traktują obcą w sumie osobę jak członka rodziny, zapraszają do wspólnego stołu, poświęcają czas na długie pogawędki. Miejsce, które jest gospodarstwem ze zwierzętami, błotem wokół gdy pada deszcz – a w domu wszystko lśni tak, że aż głupio przejść w butach przez izbę restauracyjną do przedpokoju i masz potrzebę ich zdjęcia jeszcze na tarasie by je przenieść dalej. Pokoiki pięknie przygotowane, aż onieśmielają – nie chcesz zaburzyć idealnego porządku. “Perfekcyjna Pani Domu” mogłaby się uczyć od TEJ Pani Domu!

IMG_5251

c.d.n.

poniedziałek, 12 maja 2014

24h

Doba urodzinowa zamknęła się kilka minut temu. Można więc podsumować. Jaka była? Spokojna. Pełna wyciszenia i kontaktu z przyrodą. Byłam sama, ale nie samotna. Zwyczajnie sama ze sobą, z wiatrem hulającym wśród polnych traw, ze śpiewem ptaków wodnych w szuwarach, z rżeniem koni na pastwisku, z malowniczymi, choć ciężkimi chmurami wędrującymi po niebie, z bezdrożami, na których niezbędna staje się mapa. Jedyne co przypominało o  cywilizacji, to dzwoniący raz po raz telefon, z którego płynęły życzenia. Piękny dzień, cichy dzień. Dzień bez specjalnych
oczekiwań. Dzień bez zakazów i nakazów.



sobota, 10 maja 2014

Reaktywacja

Wracam. Znów wracam na stare śmieci. Bo życie jednak wcale nie jest takie zajebiste. Spadłam z wysooooka, więc pewnie będę się jeszcze długo podnosić. Ale znów spróbuję zobaczyć te jaśniejsze strony życia. Sama. Na przekór wrednej rzeczywistości i "MIMO WSZYSTKO". Znów spróbuję iść naprzód.