wtorek, 19 lutego 2013

Walnientynki

...w tym roku były nietypowe, o czym pisałam dwa posty wcześniej. Ale u nas generalnie cały tydzień był "NASZ" bo mieliśmy sporo świętowania. Ostatnim świętem tego naszego tygodnia była impreza walentynkowa organizowana przez studio tańca, do którego uczęszczam. Tym razem nie szłam już jako singiel, lecz jako "sparowana". Wybawiliśmy się do upadłego. Prawie zapomniałabym o filmowaniu, które uskuteczniam na wszystkich imprezach Copa-Cabanowych. O dziwo - tym razem było aparatów i kamer jak mrówków, więc w sumie - myślałam - luzik. Aż tłoczno było od tych wszystkich fotografów i kamerzystów.

ALE!!!

Co się okazuje?
Że udostępnionych fotografii jest kilka na krzyż, w tym już liczę nasze, natomiast filmy...tylko te, które my na zmianę nagraliśmy! Kamerzystów masa, filmów brak. Efekt? Filmując wszystkich bawiących się, nie mamy żadnych materiałów na pamiątkę gdzie bylibyśmy razem. Jedno, jedyne zdjęcie, które było w tych w liczbie "na krzyż".

I zastanawiam się, czy aby sporo z tych "reporterów" nie było zwyczajnie partnerami swoich kobiet, którzy przybyli tam za karę z zabawką w postaci sprzęcicha foto-wideo by się pobawić ciut inaczej, porobić sztuczny tłok oraz wrażenie, że można liczyć na jakiekolwiek materiały na wymianę. Szkoda. Widząc to jeszcze na imprezie, jako "nadworny kamerzysta-montażysta" studia, myślałam sobie, że może na kolejne imprezy nie będzie potrzeby bym zabierała sprzęt, bo to niepotrzebne. Ale teraz sobie myślę, że będzie trzeba wziąć ze sobą, ustawić na statywie gdzieś w rogu sali...i zwyczajnie iść się bawić, nie dbając o ewentualną "statyczność" nagrań.

Takich kilka refleksji mi się nasunęło...ale wiecie? Dostęp do dobrego sprzętu jest teraz stosunkowo łatwy. Jednak to rodzi sporo zamieszania gdy nagle wszyscy przynoszą ze sobą swoje "zabawki" nie w interesie ogółu, lecz dla własnej zabawy, po czym wręcz przeszkadzają sobie nawzajem. Również tym, co filmują dla innych.

Ale póki co materiał - mój - jeszcze jest, impreza była zarąbista, bo wreszcie z partnerem do tańca z prawdziwego zdarzenia. I to się liczy. Tak więc starym zwyczajem poudostępniałam ludziom wszystko co miałam do wglądu, a dla tych z zewnątrz - również starym zwyczajem - zmontowałam skrót tego co się działo na imprezie. Zapraszam więc! :) Oj się działooo!!!

piątek, 15 lutego 2013

No!

Koniec targania hektolitrów wody do chałupy ze sklepu i zaśmiecania domu i planety flaszkami plastikowymi! Zwłaszcza, że teraz jest nas dwoje do picia. Wreszcie dojrzałam by pójść po dzbanek filtrujący Brita. W dodatku trafiłam na zajebiaszczą promocję w Tesco i mam go duuużo taniej, a za resztę kwoty mogłam sobie zakupić zapas filtrów na kilka miesięcy. A dzbanek idealnie pasuje do lodówkowej kieszeni w drzwiach :).

Jak niewiele czasem do szczęścia potrzeba...





Bo TO, to w sumie trochę głupie jest, co nie?

Kiedyś musi być ten pierwszy raz...

...a jeszcze mi się nie zdarzyło być w materiale filmowym jakiejkolwiek gazety. No, może była o mnie kiedyś-kiedyś wzmianka w rubryce sportowej w lokalnych gazetach, kiedy to świetnie mi poszło w wyścigu kolarskim, ale nie dali nawet fotki ;).

A teraz proszzzz...



Daliśmy czadu, a "Nowiny Gliwickie" się postarały :D

niedziela, 10 lutego 2013

***

Chorowanie jest do dupy. Długie chorowanie to katastrofa. Czy może być jakakolwiek dobra strona? Może. Na przykład ta, że Y. nauczył się przepięknej polskiej wymowy krótkiego, lecz jakże niezbędnego w takich okolicznościach przyrody zdania:

"DO ŁÓŻKA !!!"



;)

A tymczasem - grypa wyleżana do bólu, syropek wychlany, tableteczki pożarte. Jutro koniec pidżama-party, wracam do świata żywych...i do pracy :)

czwartek, 7 lutego 2013

Trafia mnie

Tak. Bo gdy się jest chorym ponad miesiąc to jest zdecydowanie ZA dużo. Te wirusy dzisiejsze są jakieś strasznie zjadliwe :(

Jak w końcu mi się uda wyleźć z tej sypialni spod kołdry - to chyba dłuuuuugo tu nie wrócę. Mam dosyć tego miejsca aż do mdłości.

Y. kolejny raz na wygnaniu w innym pokoju coby czego nie podłapał. Ale On wydaje się mieć odporność słonia. O mojej odporności wolę się nie wypowiadać. Ani o tym jak wymęczone grypskiem jest moje ciało. Ani ile już kasy wyniosłam do apteki.

W lutym przez to ominie mnie sporo fajnych wydarzeń z "mojego" studia tańca. Jestem nieszczęśliwa.

Miałam w planach wykurować się porządnie najdalej na 16 lutego, na dużą imprezę typu salsoteka-zumboteka z rewelacyjnym DJ'em, by wyciągnąć Y. i się wytańcować do bólu.

Plan zmodyfikowany. Mam nadzieję się wykurować do marca by móc zacząć rowerkować jak będzie cieplej.

wtorek, 5 lutego 2013

Domowa nomenklatura

Gdy facet po powrocie z pracy twierdzi, że ma ci duuuużo do opowiedzenia (przy gotowaniu jego obiadku of course), po czym mało opowiada, za to wymyśla sobie obiad z 4 dań, przy których przygotowaniu sobie kompletnie nie może poradzić sam - to chyba się nazywa przegięcie, co nie?

Tryb "FOCH" włączony po stanowczym: "następnym razem zastanów się, czy masz dużo do opowiedzenia, czy dużo do ugotowania" .

;)