piątek, 5 lipca 2013

Cztery latka z haczykiem...

...sobie tutaj siedzę i czasem nawet coś skrobnę. Ale jakoś coraz mniej bo i czasu nie starcza. Za dużo się dzieje w tak zwanym "realu" by mieć głowę do tego samego co kiedyś gdy się tyle nie działo.

Pomyślałam, że blog nie może wisieć taki zaniedbany w necie i straszyć nieobecnością gospodyni. Dlatego też najwyższy czas go zamknąć.

Mam nadzieję, że przez czas prowadzenia niniejszego bloga, udawało mi się choć trochę pokazać, że nawet w parszywym nieraz życiu, można wyszukiwać jaśniejsze jego strony i doceniać dobre chwile.

Dziękuję wszystkim za obecność tutaj, za podczytywanie i komentarze. Jeśli byście przypadkiem zatęsknili, to kontynuuję prowadzenie blogspotowej strony Atelier Antares (acz tam już tematycznie - o projektowaniu i szyciu).

Oczywiście w miarę możliwości nadal Was czytuję drodzy blogowi Sąsiedzi :).

środa, 3 lipca 2013

2,5 h...

...w wodzie, po ostatnim zimnym okresie jeszcze dość chłodnej. Pierdyliard przepłyniętych basenów. Zabawa w zwłoki w wodzie.
- Efekty?
  • Załapanie żabki pod wodą, strzałeczki, pływania bez użycia rąk. 
  • Odkrycie skarbów zalegających na dnie basenu. 
  • Wypijanie nieco mniej wody basenowej. 
  • Zakatarzony nos (tego nie było w planach).

 Synchronizacja z oddychaniem leży i kwiczy. Ale będzie lepiej.

niedziela, 23 czerwca 2013

Historyczna data

23 czerwca 2013, w wieku słusznym Antares po raz pierwszy w życiu zapie*dziela pięknym kraulem z głową pod wodą, podziwiając dno i napotykane po drodze nogi. Rewelkaaaa!!!
A wszystko pod okiem i wedle instruktażu mojego osobistego Y.

Życie jest pełne niespodzianek... :)

środa, 1 maja 2013

Majówka

Zzzzzimno jak diabli, ale za to jakie ładne tulipany i jak pięknie kwitnące drzewka owocowe... Czyli pierwszomajowy wypad na działeczkę w ramach przerwy w pracy :P

Po 8 miesiącach

U schyłku zeszłorocznego lata, dokładnie 28 sierpnia, podjęłam decyzję i wyzwanie. Plan realizuję tym razem z żelazną konsekwencją. 28 kwietnia minęło już 8 miesięcy pracy nad sobą. Z tej okazji należało się kontrolnie zmierzyć, zważyć, obfotografować oraz nagrać filmik kontrolny z tego etapu (dla siebie ku pamięci).

Straciłam:
  • 12 cm w pasie
  • ok. 8 kg wagi (wadze niezbyt wierzę bo wystarczy wypić szklankę wody i już inne wskazania)

Progres "zdrowy", obarczony minimalnym ryzykiem efektu jo-jo. I powodujący - przy treningach - samoistne "wchłanianie się" nadmiaru skóry.

Zrobiłam sobie porównanie zdjęć z 28 sierpnia 2012 i z 29 kwietnia 2013. I...SZOK! Wstyd to w ogóle wstawiać na bloga by nie pokazywać światu jaka byłam wówczas gdy zaczynałam. Nawet wstydziłam się to pokazać swojemu Mężczyźnie, ale w końcu się przełamałam. Teraz spogląda na mnie jeszcze częściej i z jeszcze większym podziwem.

Ostatnio zaczęłam biegać. Na razie to marszobieg bom początkująca. Ale za każdym razem podoba mi się to bardziej. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem o bieganiu.

Dziś Święto Pracy, świętuję...pracując. Ostro. Ale za oknem aura sprzyjająca.
Dobrego dnia wszystkim!

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Jak przezwyciężyć lenistwo...

...w 4 krokach:

1. Pomyśleć czego chcę uniknąć
2. Pomyśleć co chcę osiągnąć
3. Pomyśleć jaki jest następny krok do zrobienia
4. Wykonać ten krok

Ćwiczenie powtarzać od 15 minut dziennie.
Genialne w swojej prostocie ;)

A zatem pokonuję lenistwo-ćwiczenie pierwsze:
1. Chcę uniknąć niewyspania
2. Chcę się wyspać
3. Położyć się spać
4. ......chrrrrrrr.....
....
..
.
.

piątek, 29 marca 2013

Po remoncie...

...i w oczekiwaniu na nową kanapę. Strasznie się dłuuuuży ten tydzień czekania na dostawę.

To ja krócej remont robiłam bo w niespełna tydzień wszystko :P A salon do małych nie należy...

wtorek, 26 marca 2013

Czasem mózg się zawiesza...

...na przykład po otrzymaniu maila reklamowego od pewnej dużej, znanej firmy, sprzedającej ciuchy. Maila o tytule następującym:

"Najnowszy bestseller 25 % taniej!‏"

Mózg zaraz czai, że coś się nie zgadza. Ba - że wszystko się nie zgadza. No bo jak "najnowsze" może być już "bestsellerem"? I jak tak niby "najnowsze" a już "25% taniej"? To jaką miało cenę początkową przed tym "taniej"? I kiedy było to "przed taniej", skoro "najnowsze"?

Po takim chwilowym zwisie mózgu wiadomo, że oto właśnie się przeczytało głupoty. Ale przeczytanie głupot to jeszcze nie jest żadna tragedia by zaraz rwać włosy z głowy. To, co jest niefajne, to poczucie, że poważna firma właśnie mnie (i innych swoich subskrybentów) potraktowała jak debila, co to nie zna znaczenia słów w języku polskim.

czwartek, 21 marca 2013

Zamiast topienia Marzanny...

...śniadanko tematyczne.


Żądam ciepełka !!!

Miłego, wiosennego dnia wszystkim :)))
P.S. W kwestii wagarów jeszcze się zastanawiam :P

wtorek, 19 marca 2013

Myślałam, że będzie gorzej ;)

Bo jednak salon to salon - metry ścian, masa rzeczy do upchnięcia...no i jeszcze facet w domu. A z facetami to różnie bywa. Bo na przykład akurat wówczas, gdy wszystko rozwalone, graty poupychane niewiadomogdzie, Mężczyzna potrafi sobie ubzdurać, że właśnie dziś, teraz, zaraz potrzebuje TĘ niebieską koszulkę, która jest schowana na samym dole najgłębiej schowanego pudła :D.

Ale widzę, że moje obawy w tym konkretnym przypadku były bezpodstawne, jako że:
  1. udało się ustawić meble w holu tak, że można z nich jako-tako korzystać,
  2. facet nie jest nadto marudny,
  3. a wręcz jest bardzo pomocny! :)

Na ten przykład w niedzielne popołudnie, ku uciesze sąsiadów, zabraliśmy się za zdrapywanie starych tapet ze ścian. O dziwo, współpraca szła tak doskonale, że po paru godzinach mieliśmy odrapane WSZYSTKIE ściany! Jak dla mnie niezły szok, myślałam, że się z tym będziemy męczyć co najmniej dwa dni.

Wczoraj natomiast doszłam do głębokich refleksji przy okazji wywozu starutkich: kanapy, fotela (tak tak, tego o który toczyła się wojenka) i telewizora. Czyli że wywalając stare, robi się mnóstwo miejsca na nowe. W sumie banał, ale mam zamiar wykorzystać tę refleksję w praktyce przy wiosennym oczyszczaniu zawartości szaf i półek rozmaitych.

Inna refleksja dotyczy domowych zwyczajów. Otóż widzę, że nagłe zmiany w organizacji domu, mniejsza powierzchnia użytkowa i generalnie mały szok nawykowy - doskonale wpływają na relacje. Nagle się jest "skazanym" na ciągłe przebywanie razem na małej powierzchni, wszystko jest inaczej - i nagle zanikają rutynowe zachowania :). Uważam to za absolutny pozytyw!

A dziś myślę, że ściany zdążyły się porządnie osuszyć. Trzeba więc rozłożyć folie malarskie, zaszpachlować dziury w ścianach (uwielbiam tę robotę, nikomu jej nie oddam :P ), odmalować sufit i kaloryfer, bo moje nowiutkie tapety - jak widzę na stronie GLS-u - są już "w doręczeniu". A więc dziś przybędą :).



Życie jest pięęęękneeeee... ☼

niedziela, 17 marca 2013

To już staje się normą…

…że marzec = remont Uśmiech z językiem

 

Kocham porządki wiosenne a remont to szczególny rodzaj porządkowania. Po ostatnim dużym remoncie pozostał mi do zrobienia salon, ale czekał na dojście do siebie moich nadgarstków i dłoni…no i przypływ gotówki Szeroki uśmiech.

 

Porządki wiosenne rozpoczęłam jednak od likwidacji piwnicy, czyli wywalenia wszystkiego co się tam nagromadziło przez ponad 30 lat – aż do gołych ścian. Dla mnie wyczyszczenie tego miejsca było sprawą kluczową – to jakby odblokowanie miejsca, które nie ma być składowiskiem śmieci, w którym nie wiadomo co się czai, lecz miejscem na rzeczy potrzebne, które niekoniecznie muszą być w mieszkaniu.

 

Wpuściłam tam zatem ekipę, która przybyła na miejsce autem-kontenerem, by rozwalili i wynieśli wszystkie dziwne ustrojstwa, które tam są. Myślałam też o jakimś czyszczeniu ścian, myciu podłóg po wszystkim, bo syf straszny, tylko dziada z babą tam brakowało. Jak się jednak okazało – w pakiecie znalazł się prysznic i zalanie z wyparzaniem. Strzelił bowiem zawór od rury doprowadzającej wodę do centralnego ogrzewania, znajdujący się w mojej piwnicy. Na szczęście już wszystko było wyniesione, na etapie końcowego zamiatania podłogi. A że próg w mojej piwnicy dość wysoki, to można było w niej pływać pontonem. Tylko woda ciut za gorąca jak na ponton. Piwnica wraz z klatką schodową przypominały łaźnię parową, tak więc atrakcji nie brakowało.

 

Tak więc to miejsce mam już załatwione, teraz zabrałam się za salon. Tapety mają przybyć we wtorek, więc od wczoraj z Y. opróżniamy pomieszczenie. Roboty masa, ale to bardzo pozytywna akcja. Największa niespodzianka czekała mnie pod meblami – mianowicie sierść mojego piesa, którego w mieszkaniu już nie ma dłuuuugoooo.

 

Już się nie mogę doczekać zrywania tapet i rozpierdziuchy właściwej, po której następuje nałożenie czyściutkich, nowiutkich powłok. Póki co jeszcze trwa mała wojenka z Y. o ukochany fotel i miejsce do ćwiczeń – bo się uparłam, że chcę podzielić salon na dwie strefy – gościnną i moje miejsce do szycia. Co wyniknie z tej wojenki? Jeszcze nie wiadomo. Ale wesoło jest Uśmiech z językiem

 

Idę demontować kwietnik Puszczam oczko tararara…

sobota, 9 marca 2013

Tak sobie myślę…

…że tytuł bloga “A pesar de todo”, czyli “Mimo wszystko”, już nie bardzo do mnie pasuje. Za każdym razem gdy wchodzę tu coś naskrobać, tytuł mi zgrzyta i nie przystaje do rzeczywistości, w której teraz żyję.

Blog założony w czasach dla mnie trudnych, miał swoim tytułem zawsze motywować mnie do zauważania pozytywnych stron życia i pisania o nich - “mimo wszystko” – czyli mimo wszelkich życiowych trudności, które mnie przygniatały i którym trzeba było stawiać czoło każdego dnia.

Od jakiegoś (dłuższego) czasu już nic nie jest “mimo wszystko”. Tak jakby życie nagle postanowiło mi wynagrodzić wszystko złe, co mnie spotkało na mojej drodze. Jestem nieprzyzwoicie szczęśliwa, mam spokój w głowie, dziwne przekonanie, że teraz już będzie dobrze. Inny świat. Jest co pielęgnować. Teraz już nic nie ma “mimo wszystko” teraz jest “po prostu”.

poniedziałek, 4 marca 2013

Wreszcie marzec!

A z marcem nadchodzi wiosna, już przebieram nóżkami! Ostatnio wyjęliśmy dwa górale - Gustawa do przeglądu i mojego dojechanego staruszka do wskrzeszenia dla Y. Nie ma co na szybko kupować taniego byle jakiego roweru "za pięć stówek", który za chwilę się rozleci, skoro w garażu stoi i się kurzy przetestowany w ekstremalnych warunkach staruszek, któremu wystarczy wymienić kilka rzeczy by znów służył. Ze starego górala wyszła zgrabna góralka wyglądająca jak prawie nówka. Koszt - całe 94 zeta :). I trochę roboty. Wspólnej :). Dlaczego góralka? Ano bo Y. stwierdził, że skoro ja jeżdżę na facetach, to on musi ochrzcić rower jako babeczkę :D. Na razie jest Diana...zobaczymy czy zostanie, jako że Y. ma sto pomysłów na minutę :P Teraz tylko czekamy na piękną, ciepłą pogodę.

Druga rzecz, która mnie czeka to wiosenna rewizja szaf. Tym razem będzie rewizją wyjątkowo przyjemną, gdyż...na dzień dzisiejszy trudno w niej znaleźć w niej coś, co by mi z tyłka nie spadało :) . Ostatnio gdy wybierałam się do mojego studia tańca, po dłuższej przerwie treningowej, godzinę szukałam jakichś ciuchów, które by się mnie trzymały. W końcu znalazłam jakieś nie za wielkie spodenki dzianinowe ze sznurkiem w pasie by je ściągnąć i bez problemu szaleć na zumbie. Ojjj teraz to będzie szał jak sobie zacznę fajniste letnie kiecuchny szyć... :)))

Pozdrawiam wiosennie! ☼

wtorek, 19 lutego 2013

Walnientynki

...w tym roku były nietypowe, o czym pisałam dwa posty wcześniej. Ale u nas generalnie cały tydzień był "NASZ" bo mieliśmy sporo świętowania. Ostatnim świętem tego naszego tygodnia była impreza walentynkowa organizowana przez studio tańca, do którego uczęszczam. Tym razem nie szłam już jako singiel, lecz jako "sparowana". Wybawiliśmy się do upadłego. Prawie zapomniałabym o filmowaniu, które uskuteczniam na wszystkich imprezach Copa-Cabanowych. O dziwo - tym razem było aparatów i kamer jak mrówków, więc w sumie - myślałam - luzik. Aż tłoczno było od tych wszystkich fotografów i kamerzystów.

ALE!!!

Co się okazuje?
Że udostępnionych fotografii jest kilka na krzyż, w tym już liczę nasze, natomiast filmy...tylko te, które my na zmianę nagraliśmy! Kamerzystów masa, filmów brak. Efekt? Filmując wszystkich bawiących się, nie mamy żadnych materiałów na pamiątkę gdzie bylibyśmy razem. Jedno, jedyne zdjęcie, które było w tych w liczbie "na krzyż".

I zastanawiam się, czy aby sporo z tych "reporterów" nie było zwyczajnie partnerami swoich kobiet, którzy przybyli tam za karę z zabawką w postaci sprzęcicha foto-wideo by się pobawić ciut inaczej, porobić sztuczny tłok oraz wrażenie, że można liczyć na jakiekolwiek materiały na wymianę. Szkoda. Widząc to jeszcze na imprezie, jako "nadworny kamerzysta-montażysta" studia, myślałam sobie, że może na kolejne imprezy nie będzie potrzeby bym zabierała sprzęt, bo to niepotrzebne. Ale teraz sobie myślę, że będzie trzeba wziąć ze sobą, ustawić na statywie gdzieś w rogu sali...i zwyczajnie iść się bawić, nie dbając o ewentualną "statyczność" nagrań.

Takich kilka refleksji mi się nasunęło...ale wiecie? Dostęp do dobrego sprzętu jest teraz stosunkowo łatwy. Jednak to rodzi sporo zamieszania gdy nagle wszyscy przynoszą ze sobą swoje "zabawki" nie w interesie ogółu, lecz dla własnej zabawy, po czym wręcz przeszkadzają sobie nawzajem. Również tym, co filmują dla innych.

Ale póki co materiał - mój - jeszcze jest, impreza była zarąbista, bo wreszcie z partnerem do tańca z prawdziwego zdarzenia. I to się liczy. Tak więc starym zwyczajem poudostępniałam ludziom wszystko co miałam do wglądu, a dla tych z zewnątrz - również starym zwyczajem - zmontowałam skrót tego co się działo na imprezie. Zapraszam więc! :) Oj się działooo!!!

piątek, 15 lutego 2013

No!

Koniec targania hektolitrów wody do chałupy ze sklepu i zaśmiecania domu i planety flaszkami plastikowymi! Zwłaszcza, że teraz jest nas dwoje do picia. Wreszcie dojrzałam by pójść po dzbanek filtrujący Brita. W dodatku trafiłam na zajebiaszczą promocję w Tesco i mam go duuużo taniej, a za resztę kwoty mogłam sobie zakupić zapas filtrów na kilka miesięcy. A dzbanek idealnie pasuje do lodówkowej kieszeni w drzwiach :).

Jak niewiele czasem do szczęścia potrzeba...





Bo TO, to w sumie trochę głupie jest, co nie?

Kiedyś musi być ten pierwszy raz...

...a jeszcze mi się nie zdarzyło być w materiale filmowym jakiejkolwiek gazety. No, może była o mnie kiedyś-kiedyś wzmianka w rubryce sportowej w lokalnych gazetach, kiedy to świetnie mi poszło w wyścigu kolarskim, ale nie dali nawet fotki ;).

A teraz proszzzz...



Daliśmy czadu, a "Nowiny Gliwickie" się postarały :D

niedziela, 10 lutego 2013

***

Chorowanie jest do dupy. Długie chorowanie to katastrofa. Czy może być jakakolwiek dobra strona? Może. Na przykład ta, że Y. nauczył się przepięknej polskiej wymowy krótkiego, lecz jakże niezbędnego w takich okolicznościach przyrody zdania:

"DO ŁÓŻKA !!!"



;)

A tymczasem - grypa wyleżana do bólu, syropek wychlany, tableteczki pożarte. Jutro koniec pidżama-party, wracam do świata żywych...i do pracy :)

czwartek, 7 lutego 2013

Trafia mnie

Tak. Bo gdy się jest chorym ponad miesiąc to jest zdecydowanie ZA dużo. Te wirusy dzisiejsze są jakieś strasznie zjadliwe :(

Jak w końcu mi się uda wyleźć z tej sypialni spod kołdry - to chyba dłuuuuugo tu nie wrócę. Mam dosyć tego miejsca aż do mdłości.

Y. kolejny raz na wygnaniu w innym pokoju coby czego nie podłapał. Ale On wydaje się mieć odporność słonia. O mojej odporności wolę się nie wypowiadać. Ani o tym jak wymęczone grypskiem jest moje ciało. Ani ile już kasy wyniosłam do apteki.

W lutym przez to ominie mnie sporo fajnych wydarzeń z "mojego" studia tańca. Jestem nieszczęśliwa.

Miałam w planach wykurować się porządnie najdalej na 16 lutego, na dużą imprezę typu salsoteka-zumboteka z rewelacyjnym DJ'em, by wyciągnąć Y. i się wytańcować do bólu.

Plan zmodyfikowany. Mam nadzieję się wykurować do marca by móc zacząć rowerkować jak będzie cieplej.

wtorek, 5 lutego 2013

Domowa nomenklatura

Gdy facet po powrocie z pracy twierdzi, że ma ci duuuużo do opowiedzenia (przy gotowaniu jego obiadku of course), po czym mało opowiada, za to wymyśla sobie obiad z 4 dań, przy których przygotowaniu sobie kompletnie nie może poradzić sam - to chyba się nazywa przegięcie, co nie?

Tryb "FOCH" włączony po stanowczym: "następnym razem zastanów się, czy masz dużo do opowiedzenia, czy dużo do ugotowania" .

;)

sobota, 26 stycznia 2013

Zuo to sem jo

Obracanie kota ogonem w kwestiach ważnych to ulubiona taktyka facetów. Robią to tak długo, aż w końcu uwierzysz, o zła Kobieto, że jesteś straszną jędzą co się czepia jednego i tego samego. A wówczas na pewno odpuścisz bo przecież nie czujesz się jędzą złą lecz dobrodziejką swego wybrańca, aniołem co na ziemię zstąpił by mu nieba przychylić. I wówczas taktyka przyniesie:
  •  facetowi błogi spokój bo jędza się odczepiła, 
  •  jędzy zgryzotę bo problem nierozwiązany.

Hmm... to ja jednak wolę być jędzą złą.

sobota, 19 stycznia 2013

Moje małe wielkie zwycięstwa

Od końcówki sierpnia ubiegłego roku wzięłam się za się za siebie wyjątkowo solidnie. Zmiany wprowadziłam w życie na wszystkich polach, żadnych tam wariactw, lecz po prostu mądre odżywianie, żadnych śmieci w lodówce, aktywność fizyczna: zumba, trening interwałowy wg Ewy Chodakowskiej.

Przed rozpoczęciem dokładne pomiary obwodów w różnych częściach ciała, zważyłam się tylko "pro forma" jako że waga kłamie podczas gubienia tłuszczu z wykorzystaniem treningów i zamiany tłuszczu w mięśnie. Tłuszcz bowiem ma większą objętość przy mniejszej masie, mięśnie odwrotnie - małą objętość ale są cięższe. Zrobiłam sobie komplet zdjęć - i tak uzbrojona przystąpiłam do dzieła. Pomiary mniej więcej co miesiąc, ale bez przymusu. Po dzisiejszym, kolejnym już mierzeniu zwaliło mnie z nóg. Pozytywnie. Na tyle, że wyjęłam spod kanapy schowane tam dwa pojemniki z ulubionymi ciuchami sprzed przytycia. Jestem w szoku!!! Weszłam w ukochane spodnie z tamtych czasów, w bardzo ładne acz prawie nie noszone spodenki rozmiar 38, a co było moim największym zaskoczeniem - w elegancki płaszczyk zimowy rozmiar 36!!! Jedynie w biuście ledwie się dopinam, ale generalnie jest taki dziwny trend, że producenci ubrań nie przewidują, że KOBIETA ma BIUST ;). W tym temacie nie tylko ja, ale i koleżanki mają kłopot ze znalezieniem płaszcza czy bluzki :P

W ramach chwalenia się i dalszej motywacji wklejam foto mojej tabeli pomiarów. Jestem z siebie mega dumna!!! :))))) Do wiosny będę laska jak nie wiem co!!!


środa, 2 stycznia 2013

Nocne hałasy

Noc z 30 na 31 grudnia, przed sylwestrem, słyszę z sypialni jakiś dziwny hałas dobiegający z salonu. Eeeee tam, znowu kot buszuje - myślę. W sylwestra przygotowuję dom na wieczorne spotkanie z przyjaciółmi, i nagle odkrywam, że wszystkie struny w mojej gitarze puściły i wiszą bez ładu i składu.



Podchodzę bliżej by się przyjrzeć co jest przyczyną takiego zjawiska. I okazało się. Otóż nocny hałas to nie było nic innego tylko moment zgonu mojej ukochanej gitary. No tak...30-go postanowiłam sobie trochę pobrzdąkać, więc ją ładnie nastroiłam, pograłam sobie aż do bólu paluchów i odstawiłam. Tym razem jednak naciągniętych, nastrojonych strun nie wytrzymał strunnik. I się zwyczajnie posypał.



Gitara co prawda była z tych najtańszych, nie była wypasiona ani też wygodna do grania, jednak ma swoją historię. Kupiona przeze mnie na początku liceum za zaoszczędzone z trudem pieniądze. Wybrana w sklepie muzycznym z wielką uwagą. Nie zapomnę jak jechaliśmy po nią z ojcem i w drodze powrotnej z powodu koszmarnej mgły źle zjechaliśmy z autostrady i zabłądziliśmy. Gitara, która była ze mną wszędzie - na wszystkich ogniskach, wyjazdach, imprezach, którą targałam wszędzie ze sobą. Zawsze narzekałam że nie ma profilowanego gryfu i przez to ciężko równomiernie dociskać struny do progów. Że gryf jest strasznie szeroki jak na moje małe dłonie...

Ale żeby zgon?

Ehhh... Przynajmniej tyle, że przed zgonem sobie jeszcze na niej pograłam

foto archiwalne

Powrót do tak zwanej normalności ;)

Wreszcie minął czas mnóstwa wolnego, pamiętania o zaopatrzeniu na okresy zamkłych sklepów, zamkłego studia tańca - ogólnie czasu, w którym się wypada z całkiem przyjemnej rutyny, działania na zasadzie nawyku. No dobra...podobno chwilowe zmiany nawyków mają dobre skutki uboczne, to narzekać nie będę ;) Ale zdecydowanie wolę gdy nie ma aż tylu "martwych" dni w tygodniu.

Sylwester w gronie przyjaciół, tym razem Y. w roli drugiego gospodarza, co też było miłą odmianą. Pierwszy dzień roku wypełniony po brzegi rzeczami ważnymi dla Relacji, która się coraz bardziej zacieśnia i rozkwita dzięki współ-funkcjonowaniu.

Nowy rok, trzeba z nim coś zrobić fajnego, wypełnić czymś dobrym. Zawiera moją szczęśliwą trzynastkę :)). Wszystko co nowe otwiera nowe możliwości, daje poczucie, że "teraz mogę wszystko". I niech tak będzie!!!

Życzę Wam w Nowym Roku wszystkiego dobrego!
I - że się tak żargonowo wyrażę - wysokiego współczynnika konwersji marzeń na plany :P