niedziela, 30 września 2012

Gdy smartfon jest zbyt smart

Smartfonik. Im bardziej zaawansowany, napakowany możliwościami, tym bardziej kusi. No bo przecież wolność od kompa, gadżety, pomocne aplikacje do wyboru, do koloru, internety bezprzewodowe, dżipiesy, fejsbuki, tłitery i inne super-hiper rzeczy. A wszystko to w kombinacji z dotykowym ekranem i z alfanumeryczną klawiaturą sprzętową. Rób wszystko na co masz ochotę gdy jesteś w trasie, na wycieczce w głuszy. Ta-daaaam! I mamy komórkę idealną :).

Doprawdy?

Przyjrzyjmy się tym wodotryskom z bliska. Gadżeciara ze mnie straszna, uwielbiam testować nowinki techniczne, więc zawsze gdy wymieniałam telefon na nowy – to zawsze na bardziej zaawansowany. Dlatego też mogę co-nie-co powiedzieć o wadach tych wszystkich cudowności.

Weźmy na przykład taki dotykowy ekran. Szał! Bez klawiatury sprzętowej to dopiero zabawa! To takie fajne przecież, gdy klawiatura na wyświetlaczu ma tak małe przyciski, że nie sposób jej obsłużyć palcami i potrzebny jest plektron albo piórko. Ale co tam klawiatura ekranowa – spróbuj odebrać telefon jak masz założone rękawiczki! No dobra…rękawiczka zdjęta, telefon odebrany – gadasz. I nagle coś jest nie tak. Po dłuższej chwili okazuje się, że za pomocą dotknięcia uchem ekranu wyłączyłeś sobie mikrofon, przełączyłeś na głośnomówiący, albo zawiesiłeś rozmowę. Czad!

Ale odczepmy się od tego ekranu. Czasem człek idzie po rozum do głowy i postanawia, że następny telefonik będzie miał, prócz dotykowego ekranu, klawiaturę sprzętową. I to nie byle jaką bo pełnowymiarową, alfanumeryczną jak na lapku! Radość i duma z dobrze podjętej decyzji trwa mniej więcej do momentu, gdy próbujesz wstawić do wiadomości polskie litery. Po pewnym czasie czasochłonnej męki rezygnujesz z pisania wiadomości w sposób staranny (czyt. ze wszystkimi “ogonkami”). Ale to nie koniec! Bo spróbuj na przykład ot tak, z marszu, w pośpiechu wklepać numer telefonu, który właśnie ktoś ci dyktuje naprędce bo już jedną nogą jest w odjeżdżającym tramwaju. Wyświetli ci się WSZYSTKO oprócz tych cholernych, wpisywanych w pole adresu cyferek. Zanim się odnajdziesz, powychodzisz z tych wszystkich mądrych wyszukiwarek, pokasujesz literki i uda ci się przełączyć w tryb wprowadzania cyferek – tramwaj odjechał, podyktowany numer ulotnił się z głowy a misja “dać komuś dzwonka” by sobie też zapisał numer zakończona niepowodzeniem.

Aplikacje – jest ich około mnóstwo. Zarówno tych wbudowanych fabrycznie jak i tych które można ściągnąć i zainstalować. Niestety okazuje się, że niektóre z aplikacji nie mogą po zainstalowaniu być przeniesione na kartę pamięci lecz muszą siedzieć w pamięci telefonu. Która jest nieduża. Chcesz więc zrobić miejsce i odinstalować niepotrzebne aplikacje, które były już wrzucone w system. No i…nie ma tak dobrze! Aplikacji, nawet najbardziej śmieciowych, a wbudowanych w system nie odinstalujesz bo są SYSTEMOWE. I tak to odkrywasz, że nieograniczona liczba pomocnych aplikacji jest ograniczona głównie przez pojemność pamięci wewnętrznej. Jak się później okazuje, również przez wydajność komórki, która zaczyna “mulić”, długo “myśli” i generalnie testuje naszą cierpliwość. A do tego zapycha pamięć danymi, które trzeba okresowo czyścić. Do czyszczenia też istnieją odpowiednie aplikacje rzecz jasna :).

Ale to nie wszystko! Bo co tylko połączysz się z netem, zaraz któraś z aplikacji chce się aktualizować. Co tam aplikacje – system też lubi się aktualizować. Po którejś z takich aktualizacji dziwnym zbiegiem okoliczności uszkodziło mi kartę pamięci. Nówkę. Karta już się do niczego nie nadaje – to tak pomijając utratę zapisanych na niej danych.

Facebook. Jak miło korzystać nie musząc odpalać laptopa. Ochoczo zabierasz się do pisania wiadomości, naciskasz “publikuj” i… pojawia się informacja, że zostało wymuszone zamknięcie aplikacji. Twoją wiadomość diabli wzięli, trzeba zrestartować telefon by w ogóle coś z telefonu wysłać. W międzyczasie poziom wqrwa – miliard jeden. To oczywiście dzieje się w domu, w którym masz porządne połączenie z siecią wi-fi. Bo jeśli jesteś w trasie i próbujesz skorzystać z publicznego hotspota, to w ogóle zapomnij. Nawet gdy się jakimś cudem w końcu podłączysz to sieci, to w krytycznym momencie wysyłania wiadomości na fejsa, telefon zrywa połączenie. Pokochaj zawieszenia aplikacji i brak połączenia z siecią jeśli nie chcesz oszaleć. To ja już wolę stary sposób na wysyłanie MMSem. Ale MMSy to już osobna historia.

Smartfon jest na tyle smart, że poniżej jego godności jest obsługiwanie wiadomości MMS. Bo jeśli masz podłączonych do sieci wiele aplikacji pracujących nieustannie w tle, ustawiasz domyślny sposób połączenia na sieć wi-fi a nie sieć dostawcy telefonii komórkowej. W tym momencie system nie potrafi się przestawić na odbiór i wysyłkę MMSów. Po prostu przestają działać. Gdy porobisz odpowiednie ustawienia “na świeżo” – to nawet popracuje kilka godzin, po czym się zawiesi i znów nie obsługuje. Ale w takich ustawieniach kryje się pułapka. Gdy zapomnisz odłączyć którąś z aplikacji żyłujących połączenie z internetem i wyjdziesz poza strefę zasięgu wi-fi… licz się z pustym kontem w przypadku opcji prepaid i sporym rachunkiem w przypadku naliczania abonamentowego.

Przejdźmy zatem do obsługi różnistych usług sieciowych. Właściwie cokolwiek chcesz przeglądać w sposób wygodny, musisz mieć konto google. Jeśli masz jakieś usługi w google zapisane na adres email od innych usługodawców, nie zalogujesz się na te adresy jak przez przeglądarkę, lecz musisz sobie założyć googlowy email, zakłada się konto googlowe i swoje usługi trzeba powiązać z takim kontem. Google nawet był wymagany by móc korzystać z bibliotek aplikacji do instalowania na komórkę. Komórka wszystkie te dane gromadzi, zapisuje – i w rezultacie stopniowo boskie google śledzi wszystko co masz bądź robisz również na swojej komórce. Nawet gdy chcesz sobie zrobić backup kontaktów, kalendarza czy notatek – musisz zrobić upload tychże informacji gdzie? No nie gdzie indziej jak na konto google! Wielki Brat Patrzy.

Smartfon im bardziej smart, tym bardziej wie gdzie się znajduje. Tryb “torebka” i tryb “wzięty do ręki” podgłaśnia lub ścisza dzwonek. Ale gdy komórka leży np. pod kartką papieru, komórka głupieje i w ten oto sposób wycisza dzwonek. Najwyraźniej myśli, że jest w ręku użytkownika. Można wyłączyć te funkcje, ale u mnie po ich wyłączeniu komórka nadal robiła swoje.

Smartfon posiada też cudowny i przydatny wynalazek - widżety (od ang. widget) na pulpit, dzięki którym można sobie pulpit dostosować do własnych potrzeb. Można sobie robić skróty do często używanych kontaktów lub aplikacji, albo też być super poinformowanym dzięki widżetom facebooka, twittera, poczty, pogody, które się aktualizują w tle. No więc nie jest tak różowo. Widżet pokazuje aktualne informacje przez krótki okres czasu po jego świeżym uruchomieniu na pulpicie, po czym …zapomina się aktualizować. Stary status potrafi wisieć tygodniami na pulpicie i można to skutecznie naprawić tylko usuwając widżet i tworząc go na nowo. I znów działa parę godzin – ale radocha! Najzabawniej jest jednak, gdy system świruje w sposób niewidoczny dla użytkownika, coś się pokiełbasi, wybierasz z ekranu dzwonienie do przyjaciółki, a system w tym miejscu “widzi” połączenie z twoim szefem. I łączy :). 

 

***

Nie ma się co dziwić, że po dłuższym czasie zabawy w zawodne wodotryski, miałam nieodparte wrażenie, że te wszystkie udogodnienia są jak atrapa. Efektowna, ale jednak atrapa. Myślisz, że masz w ręku porządne narzędzie, które ci ułatwi życie poza domem, w terenie, a okazuje się, że aplikacje się ciągle wieszają, połączenie albo się nie nawiązuje albo zrywa, a zaawansowane rozwiązania przeszkadzają w realizacji podstawowych zadań komórki.

Nie ma się też co dziwić, że po tych wszystkich doświadczeniach zatęskniłam do prostego telefoniku, z prostą klawiaturą, prostym interfejsem – ale bardziej przewidywalnego. Takiego, z którego się korzysta, a nie się go niańczy. Który nie rozłącza rozmowy bo dotknęłam ucha ekranem. I wreszcie – który nie stwarza iluzji posiadania wielu możliwości podczas gdy możliwości te zawodzą.

A jakie Wy macie doświadczenia ze Smartfonami? Czy Waszym zdaniem plusy użytkowania przeważają minusy?

Artykuł napisany w oparciu o doświadczenia własne z telefonami Nokia XpressMusic 5800 z systemem Symbian oraz HTC ChaCha z systemem Android.

czwartek, 27 września 2012

Wolę kiece :))

Od zawsze! Już jako mała dziewczynka nienawidziłam spodni i zawsze chciałam chodzić z sukienkach i spódniczkach. I chyba te ciągoty gdzieś tam we mnie siedzą do dziś.

Bo przecież gdy poszłam na zajęcia latino solo - już na drugą lekcję przyszłam w obcasach i spódniczce. Jakoś nie miałam ochoty w spodniach się przedzierać przez te wszystkie gorrrące rytmy, które aż proszą się o odrobinę kobiecego wyglądu. Gdy poszłam  na taniec orientalny - nie wytrzymałam długo w dresowych spodniach i zrobiłam sobie kiecę na zajęcia.



Tak już mam, że gdy w sposób długotrwały patrzę w lustro - co się dzieje zwykle na zajęciach tanecznych - lubię lubić to lustrzane odbicie. Jedynie na fitnessie trzeba było tkwić w gaciach albo leginsach bo tu już nie bardzo jest pretekst do założenia czegokolwiek innego. Tak też zawsze było odkąd poszłam na zumbę. Pół-fitness, pół-taniec latino...no i jakoś tak z rozpędu i wzorem instruktorów się chodziło w gaciach.

Dopiero mnie olśniło na lipcowym zumbowym maratonie. Na leginsy założyłam spódniczkę z łacinki. I dobrze się tak czułam :). W końcu podumałam, pokombinowałam - i sobie zrobiłam. Komplecik składający się z luźnego topu oraz spódniczki z rozcięciem i wszytymi w spódniczkę krótkimi spodenkami :))).

To jest TO o co mi chodziło!

Proszzzzz...
Tu na zdjęciach zostało założone na zwykłe, czarne "body" :)))

środa, 26 września 2012

Na wspominki mnie wzięło...

...efekt wywołany pewnym spotkaniem i rozmową. Poczułam potrzebę pogrzebania w filmowych archiwach z czasów gdy Goldeniasty był tutaj, ze mną. Ojjj wariat z niego :)))
Z tego co mi wiadomo, niewiele się u niego zmieniło :))

poniedziałek, 24 września 2012

Lepiej być miłym :)

Od czasu do czasu sytuacja wymusza zmiany w usługach, z których się korzysta. Czasem takich zmian się dokonuje niezwykle rzadko, zwłaszcza, że na hasło "zmiany" robi mi się ciepło. No i właśnie dziś wyskoczyła mi taka sytuacja. Zaplanowałam ja sobie zrobienie porządków z kontami w jednym z banków. Czyli otwarcie nowego konta operacyjnego i zamknięcie innego, starego - w ramach mojego numeru klienta. No więc dzwonię pełna chęci i żądzy czynu na infolinię. Rzadko to robię bo zwykle wszystko się załatwia w necie. I tu już masakra, bo system infolinii się rozbudował do rozmiarów monstrualnych, zarówno w poziomie jak i w pionie. Niekończąca się piramidka w stylu "jeśli...wybierz [cyfra]", niemal każda zawierająca opcje na wszystkie 10 cyfr. Po którymś z kolei, zaczęłam odczuwać niebezpiecznie zbliżającą się falę wqrwa, ale mówię: "spokojnie Brysia, straty muszą być, nie robisz tego codziennie". Wreszcie połączyłam się z konsultantką nr 1 i zaczynam załatwianie sprawy. Otwarcie konta - bezproblemowo, w ciągu pół minuty wszystko załatwione. Po czym przyszła kolej na dyspozycję zamknięcia starego oraz wydania debetówki do nowego. Pani zadaje mi pytania z serii: numer telefonu, nazwisko rodowe matki, czy podawałam swój adres email, na końcu pyta o PESEL. Ładnie podaję wszystkie aktualne dane, po czym słyszę w słuchawce, że niestety niektóre dane się nie zgadzają i nie może w tej sytuacji zamknąć starego konta ani zawnioskować o kartę do konta. W tym momencie przypominam sobie, że konto zostało otwarte wieeeeki temu gdy miałam kompletnie inny numer telefonu, który być może wtedy podałam. Ale możliwe, że w systemie siedzi jeszcze wcześniejszy numer. A może wcale nie podawałam? Któż to zgadnąć może? Pani więc uprzejmie mnie informuje, żebym zatem zaktualizowała dane w panelu klienta i zadzwoniła jeszcze raz. Cóż począć, szukam tych ustawień i czytam. Telefonu brak, emaila brak, PESELu brak, jedynie numer dowodu jest. Wchodzę do edycji ...i ZONK. System mnie informuje, że mogę dokonać zmian danych tylko mając hasła tzw. SMSowe ...a ja z przyzwyczajenia używam papierowych. No to idę do ustawień haseł jednorazowych, zmieniam ustawienie i... ZONK numer 2, system prosi mnie o wpisanie hasła wysłanego na numer telefonu. Jaki numer? - pojęcia nie mam, przyjmijmy więc, że hasło wysłano w kosmos. No pięknie... Dane niezgodne, nie pamiętam co podawałam i jest wbite w system bankowy, danych zmienić nie mogę, haseł papierowych na SMSowe zmienić nie mogę, to jak do jasnej anielki mam zamknąć konto i otrzymać kartę debetową? Bosko...no to jestem w ciemnej d*pie :( . No więc dzwonię znów na infolinię w nadziei, że mi doradzą co mam począć. Nadzieja topnieje z każdym kolejnym komunikatem "jeśli chcesz...wybierz [cyfra]. Kombinujesz człowieku do której opcji właściwie przyporządkować swój problem, a tu się jeszcze majtniesz i naciśniesz 1 zamiast 2 i nagle automat chce ci zmienić hasło do kanału internetowego. AAAAA!!!! MATULU! Zabierzcie mnie stąd! Po którymś-tam kolejnym połączeniu "na nowo", wysłuchania pierdyliarda automatycznych komunikatów, trafiam wreszcie na "poczekaj na zgłoszenie konsultanta". UFFF!!! W trakcie czekania kilka głębokich wdechów dla zgubienia wqrwa. Bo jednak człowiek na kablu, gdy się z nim rozmawia po ludzku i bez nerw, chętniej ze skóry wyjdzie by klientowi pomóc. Konsultant też człowiek i nie jego wina jakie bank ma rozwiązania techniczne, że klient dochodzi do ściany. No więc referuję miłej pani nr 2 całą sytuację, jakie dane mam w panelu, jakie mam prawdopodobnie nieaktualne, kończąc dramatycznym "nie wiem co zrobić - pomocy!". Pani widać bardzo kumata i zaproponowała: "to ja pani jeszcze raz zadam kilka pytań". Po czym pozadawała mi takie pytania, na które już wiedziała z mojej relacji, będę miała prawidłowe odpowiedzi. Wszystko zatem pięknie przeszło i nagle - mogłam dokonać wszystkich ustawień. Od zmiany numeru telefonu w systemie po wszelkie dyspozycje. Bardzo chętnie od razu wprowadziłam wszystkie aktualizacje, bo "skoro już tak pięknie idzie, to od razu ustawię to, sio, i jeszcze tamto" :)). Jeju...jak ja nie lubię infolinii... Jakkolwiek przekonanie, że z pracownikami takowych naprawdę lepiej rozmawiać w miłej atmosferze a zdenerwowanie powściągnąć - znów okazuje się słuszne. Pani mogła się skupić na tym, jak mi pomóc, zamiast na tym, by uspokajać kolejnego klienta-nerwusa. Odetchnęłam z ulgą.

środa, 19 września 2012

Upiorność nad upiornościami

Czy macie w swojej pamięci jakieś zdarzenie, które wydaje się wam wybitnie upiorne?

Ja mam takie jedno.

Rok 2007, pogrzeb żony naszego dobrego kolegi z Ekipy. Rzecz straszna bo kobieta młoda, małżeństwo z niedługim stażem, a śmierć po nagłej chorobie. Trumna złożona już do grobu, dookoła mogiły stoją żałobnicy. I najbliższa rodzina zmarłej. Ludzie kolejno podchodzą by złożyć kondolencje najbliższym. W pewnym momencie jeden z naszych kolegów, wracając na swoje miejsce po złożeniu wyrazów współczucia mężowi i rodzicom zmarłej, niefortunnie stawia stopę w ciasnym przejściu między dwoma grobami. Przez ułamek sekundy wszyscy obserwują jak walczy w powietrzu o równowagę i wreszcie odruchowo próbuje się przytrzymać drewnianego krzyża na najbliższym grobie. Krzyż, ku jego zaskoczeniu, zostaje mu w ręce. Odzyskuje równowagę, orientuje się co się stało i próbuje w pośpiechu wetknąć krzyż na powrót w ziemię mogiły. Wszyscy robią co mogą by zachować powagę.

Kurtyna.

wtorek, 11 września 2012

Chwalę się :)

Wypadałoby trochę pouzupełniać temat szycia bo się opuściłam :))

Niełatwo mi ostatnio znaleźć fason, który w pełni spełni swoją rolę - czyli tuszowania niedoskonałości w okolicy brzucha. Proste i wąskie tuniki opinają, tuniki odcinane pod biustem za to dają wrażenie ciąży słoniowatej. I tak lepiej na mnie wyglądają te pierwsze.

No to sobie uszyłam taką jedną...i teraz chodzę w niej non stop bo ją kocham absolutnie. Mowa o tej:




Potem zachciało mi się pójść na imprezę salsowo-zumbową, ale OCZYWIŚCIE pojawił się znany wszystkim kobietom problem pod tytułem "nie mam się w co ubrać!". No więc...też załatwiłam ten problem po swojemu :)


Nie widać tyłu i łańcuszkowego "paska", ale kiecka w całej krasie będzie lepiej widoczna na tym filmiku (z imprezy zresztą)


Dekolt z przodu, dekolt z tyłu, opięta na biodrach, akcent salsowy w postaci falbanki. Do tego wiązany na szyi topik na spód z siateczką od linii pod biustem. Generalnie sexi ...i wszystkim zebranym, którzy wiedzieli, że to dzieło moich rąk, szczęki poopadały :)).


Podczas pobytu Młodej u mnie na wakacjach, obiecałam jej uszyć spódniczkę, która się mocno kręci :). Każda mała dziewczynka dałaby się za taką zabić -  jak by nie było, też kiedyś byłam mała to pamiętam :P
No to słowa dotrzymałam i spódniczka czekała na nią po jej przyjeździe na drugą turę wakacji:


Ileż było radochy i kręcenia... Kręciła się non stop jak bączek :D

Tymczasem znów knuję kolejne ciuszki ;)