niedziela, 30 grudnia 2012

Z dniem 31 grudnia 2012...

...kablówka u mnie w domu zostaje wyłączona. Dobrze się złożyło, że już w listopadzie dojrzałam do wypowiedzenia umowy, bo teraz się okazuje, że już od 2 tygodni, czyli odkąd zamieszkał ze mną Y., nie miałam nawet okazji, ni chęci, ni potrzeby by włączyć to pudło.

Trochę czasu mi zajęło by podjąć tę decyzję, choć chyba dłużej by wreszcie to załatwić, ale cieszę się. Same dotychczasowe dwa tygodnie bez krzyczącej telewizji i świat jest piękniejszy. A 50 zeta z groszami piechotą nie chodzi by płacić za coś co człowieka wkurza ;).

Tak więc Nowy Rok przywitam śniegiem na wszystkich kanałach :).
Oraz poczuciem, że rok 2012 był zajebisty!!!

Najlepsiejszego w Nowym, 2013!!!

sobota, 29 grudnia 2012

Pan facet był chory i leżał w łóżeczku

Co jest gorsze od faceta siedzącego w domu bo ma wolne?
- Chory facet siedzący w domu bo jest chory. :)

Czy może być coś jeszcze gorszego?
TAK! - Chory facet-obcokrajowiec z kraju gorącego, siedzący w domu z przeziębieniem i gorączką, nie mający pojęcia co i jak.  :D

Tak, dokładnie, umiera! ;P

I teraz są dwie opcje:
a) Nie wypielęgnujesz jak dzidziusia, to będzie chory... dłużej
b) Wypielęgnujesz - to się nauczy, że jak jest chory to go niańczą i będzie chory...częściej ;)

Jak to mówi moja ulubiona sąsiadka blogowa Stardust - jak się nie obrócisz, i tak d*pa z tyłu ;P

piątek, 28 grudnia 2012

Przeglądam...

...stare, stare gryzmoły z hiszpańskiego. Gryzmoliłam w tym zeszycie podczas oglądania różnych programów w TiVi. Teraz sobie odświeżam wiedzę...i trafiam na takie oto tłumaczenie słowa:

mañana - później, kiedy indziej, daj mi spokój, daj mi w łapę, nigdy.

Tak mi się coś wydaje, że przy tej notatce musiałam oglądać Cejrowskiego :P

czwartek, 27 grudnia 2012

***

Nie ma większej radości, niż zobaczyć radość na twarzy bliskiego człowieka, przyczyniwszy się do niej.

niedziela, 23 grudnia 2012

No!

Oboje jesteśmy sportowymi typami. Y. ćwiczy codzienne sesyjki siłowe po 10 minut, ja raczej śmigam na zumbę. Ale wiedział, że ćwiczę też w domu interwały.

Co chwila się dopytywał zatem, kiedy to on zobaczy jak ćwiczę ja. Odpowiedź zwykle ta sama - że ćwiczę gdy nie mam innych treningów i koniecznie rano bo mój trening interwałowy nakręca, daje energię i nie da się po nim spać.

Aktualnie z okazji przerwy świątecznej moje ukochane studio jest zamkłe, więc się doczekał. Niedziela rano, Antares bierze się za trening. 45 minut totalnego wyrypu, po którym można wykręcać ciuchy. I coraz większe oczy Y. 

Po wszystkim Y. stwierdza: to jest bardzo dużo, ciężkie, nie możesz ćwiczyć codziennie.

NO!
JEST RISPEKT!
;P

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Mr Y.

"Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce."

Sparafrazuję:
"Mężczyzną jestem i nic, co dotyczy potrzeb mojej Kobiety, nie jest mi obce".

Tak mi się dziś podsumowało w głowie Jego podejście do mnie. Z każdym dniem jestem w coraz większym, pozytywnym szoku.

Pociągnięcie tego wątku poskutkowałoby zaklasyfikowaniem bloga jako +18 ;)

środa, 12 grudnia 2012

Malusieńkie nieporozumionka :)...

W nauce języka obcego chyba najfajniejszą stroną są wszelkie idiotyczne sytuacje wynikające z niezrozumienia bądź na przykład pomylenia słów w kontaktach z rodowitymi użytkownikami tegoż języka.

Kiedyś na przykład chciałam pewnemu facetowi wytknąć, że jest uparty...ale usłyszał, że jest tępy. Przez chwilę zastanawiałam się dlaczego mu się oczy zrobiły jak pięciozłotówki...
Całkiem niedawno chciałam innego faceta ubrać w "sukienkę", po czym zupełnie nie wiedziałam dlaczego turla się ze śmiechu. :)))

Ale się nie zniechęcam :P
A wy? Pamiętacie jakieś idiotyczne sytuacje tej maści ze swojego życia?

czwartek, 6 grudnia 2012

Dobra wiadomość

Już nie będę Wam suszyć głowy za każdym razem gdy będę się wyżywać artystycznie na tkaninach :).
Przenoszę się ze swoim szyciem na osobny plac zabaw, by tam móc uskuteczniać moje chwalipięctwo oraz nuuudne tematy igieł, nici, maszyny, wykrojów, etc.

Oto moja nowa piaskownica:

Jeśli kogoś z czytelników mojego bloga nie nużą wymienione wyżej tematy, miło mi będzie jeśli mnie czasem odwiedzi w nowym miejscu :)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Znak czasów?

Nie ma lekko.

Na każdym kroku spotykasz ludzi bardzo chętnych by cię oszukać, naciągnąć i wykorzystać. Odruchowo przykładasz własną miarę do nowo poznanych osób, otwierasz się - i ryzykujesz. Ryzykujesz rozczarowaniem i bólem poniewczasie.

Czasami odnoszę wrażenie, że tyle tego się roi na każdym kroku, iż trzeba by było każdego "nowego" człowieka - przed dopuszczeniem do siebie, swoich spraw, swojego życia - bezwzględnie sprawdzać podpinając do wariografu albo puszczając za nim detektywa.

Tak, to brzmi absurdalnie, to byłby obłęd. Ale, do cholery, żeby wciąż obrywać po dupie za bycie beznadziejnie uczciwym we wszystkim co się robi? Czy otwartość i uczciwość to dziś synonimy naiwności? Dlaczego na świecie jest tyle obłudy, kłamstwa i interesowności? Postaw typu "poudaję że mnie obchodzisz, bo możesz mi się przydać"? Albo "naściemniam ile wlezie by wyciągnąć to co chcę, a gdy prawda wyjdzie na jaw - dla ciebie będzie za późno"?

Czy uczciwość to towar aż tak skrajnie luksusowy w dzisiejszym świecie?
Znak czasów?

niedziela, 25 listopada 2012

Pobudka

Niedziela, poranek, nagle w łóżku gdzieś pode mną drze się komórka. A dokładniej to się drze anonsując nadejście smsa. Otwieram leniwie jedno oko, macam za komórką...jest! Czytam:
- Chodź na spacer już :)
Kumpela. No więc odpisuję:
- Łomatko ja śpię!
Przychodzi odpowiedź:
- Mi to nie przeszkadza, możesz iść śpiąc :P
***
No, to właśnie wróciłam z porannego spaceru. Uwielbiam moją funfelę :))))
KAWY !!!

:)))

sobota, 24 listopada 2012

Kobieto! Bądź czujna!

Gdy goszcząc u siebie w domu faceta, zauważasz dziwne zjawiska, czyli gdy na przykład:

  • jego butki po zdjęciu są ustawione równiutko w przedpokoju
  • po użyciu ręcznika wiesza go równiej niż kiedykolwiek ty to robisz
  • sreberko zabezpieczające karton z sokiem, po jego zerwaniu, zostaje dokładnie poskładany w kosteczkę

Strzeż się! Prawdopodobnie masz do czynienia z pedantem! O.O

;P Miłego dnia!

czwartek, 15 listopada 2012

Nie wiem co mnie naszło

...bo nigdy nie robię takich rzeczy. Znaczy się nie piekę słodkości.

Ale dziś postanowiłam wypróbować pewien prosty jak drut przepis na ciastka owsiane. Uznałam, że płatki owsiane lubię, dobra to i zdrowsza od innych słodkości "przegryzka" do kawy, a jak sama zrobię ciasteczka, to nie przesadzę z cukrem - jak to bywa w wersjach sklepowych.

Wyszły smaczne, niezbyt słodkie. Są bardzo sycące. Po zaledwie paru i tak mi słodko...
To dobrze gdy się nie da zjeść ZA dużo ;P

sobota, 10 listopada 2012

A niech tam!

Zaś się pochwalę bo i czemuż by nie? (coś ostatnio często mi się zdarza...czy już zaczynam przypominać Samochwałę co to w kącie stała?...)

Mój dzisiejszy montaż:



To moja "Zumbowa Banda" z gliwickiego Studia Copa Cabana, bawiąca się na imprezie halloweenowej. Nie było mnie na imprezie co prawda, ale reszta, jak widać, bawiła się upiorrrrnie dobrze :)))

niedziela, 4 listopada 2012

Tagowanie

Dodaję stronę do notatek Evernote przy pomocy ichniego narzędzia do wycinania stron.
Strona zawiera informacje o rodzaju paralizatora - pałce elektrycznej.
Evernote automatycznie otagował notatkę.
Przypisane przezeń tagi: meble, orient, taniec.

:)
Miłego dnia!

czwartek, 1 listopada 2012

Łomatko łomatko!!!

Ale jazda!!!
Ok. 2 miesięcy rozsądnej diety i WRESZCIE ubyło mi centymetrów w obwodzie! I ok. 4 kilo mi spadło!
To jak jeszcze włączę interwały to do lata będę laska jak się patrzy!!!
Ale pozytywny kop :))))
Kciuki proszę ! ;P

sobota, 27 października 2012

Kobieta potrafi!

Jest taka rzecz, której nie znoszę. To pospolite ruszenie około wiosny i tuż przed zimą pod hasłem "zmieniamy opony samochodowe". Wepchnąć się do warsztatu ciężko, kolejki...a ja takich klimatów bardzo nie lubię. No więc mam. Koła w całości, czyli opony wraz z całymi obręczami i tarczami. Wymiana trwa krócej niż samych opon, ale i tak mi się nie podobało wydzwanianie do mechanika by mi zechciał "kiedyś" zrobić rzecz, która mu się nie bardzo opłaca finansowo. Wkurzyłam się i doszłam do wniosku, że mam to gdzieś i sama sobie będę załatwiać temat. Przecież to bułka z masłem! A przy okazji mam co pół roku trening na wypadek "kapcia" gdzieś w szczerym polu.

Inna rzecz: wyobraź sobie faceta, który dumny jak paw wrócił z "wojny" o wymianę kapciuszków samochodowych u mechanika, spędził kilka godzin w ciągu: droga-kolejka-droga po czym dowiaduje się, że oto taka mała, filigranowa kobietka sobie machnęła to sama, bezproblemowo, zaoszczędziła czas, kasę, nerwy. Mina - bezcenna! Pawie nadęcie - spuszczone jak po wetknięciu szpileczki w balonik ;)

A ja uwielbiam taką dziką satysfakcję gdy jako singielka potrafię sobie zrobić sama jakąś rzecz, do której według wszystkich wokół powinnam "sobie chłopa znaleźć bo bez chłopa to ciężko kobiecie w życiu"  - znacie ten nieśmiertelny tekst? (błeeee....) Osobna sprawa, że coraz więcej panów ma syndrom "dwóch lewych rąk" - ale twardo twierdzą, że do mechanika jeżdżą z taką pierdółką "bo nie chcą się tym brudzić". Który by się przyznał, że nie bardzo mu idzie trzymanie klucza w rąsi? A co dopiero zrobienie z niego użytku! :P

OK. Skoro ja umiem, nic nie stoi na przeszkodzie by się tym podzielić z innymi. Kto wie, może komuś się kiedy przyda :)



Przynajmniej zdążyłam na czas - zmieniałam po południu, pod wieczór już nawaliło śniegu i było biało :). To dopiero dzika satysfakcja!

Kobieta potrafi!

Ślimaczek :)



a) samobójca
b) podróżnik preferujący jazdę "na gapę"
c) poszukiwacz mocnych wrażeń
d) miłośnik prędkości
???

Jak myślicie? :P

środa, 24 października 2012

Pierwsza seria

I oto nadszedł ten moment. Po publikacji fotografii gacio-spódniczki zumbowej z wpisu Skirt+Short=Skort , dziewczyny z którymi zumbuję, zakochały się w niej od pierwszego wejrzenia. To było jakiś tydzień temu, a dziś już w tychże spódniczkach śmigają po sali cztery kolejne dziewczyny :). Wyglądają w nich jak cukiereczki i już wiadomo, że na tej partii się nie skończy.

No więc niechże się pochwalę efektami ostatniego krawieckiego maratonu :).

IMG_0082

Kolorowo, prawda?

IMG_0083

Te doczepione karteczki towarzyszyły mi od początku do końca, gdyż każda spódniczka była robiona na wymiar i wedle indywidualnych życzeń :).

Wersja “turkus”

IMG_0089IMG_0096

 

Wersja “fuksja”

IMG_0093IMG_0098

 

Wersja “turkus z domieszką fuksji” – na specjalne życzenie. Koniec końców, jej właścicielka zmieniła zdanie i chce wymienić fuksję na standardowy czarny ;). Tak więc wymieniamy, bo dla mnie najważniejsze jest to, by się dziewczynom dobrze nosiło i by z przyjemnością spoglądały na siebie w lustro na treningach :).

IMG_0090IMG_0095

 

Wersja “limonka”

IMG_0091IMG_0092

 

Jestem z siebie dumna, a jeszcze bardziej z mojej 40-latki maszyny do szycia, która spisała się doskonale. Moja mama, która jest jej pierwszą i prawowitą właścicielką, nie może się nadziwić, że jestem w stanie na niej szyć elastyczne dzianiny - bo w tym względzie Łuczniczka nigdy nie chciała współpracować. “Jak ty to robisz?” – zapytała. Odpowiedziałam tajemniczo: “mam z nią swoje układy” ;P

 

Wiem wiem…coś ostatnio zamęczam Was tematami krawieckimi. Ale jakoś tak znalazłam się w “ciągu” szycia ;P

sobota, 20 października 2012

BHP

Cóż, szycie jednak dość urazowym zajęciem jest, jak widać na załączonym obrazku. Wypadek przy pracy z udziałem żyletki nie należy do miłych. Ale jedno mnie zastanawia - ostatnio stałam się jakaś nadwrażliwa na takie zdarzenia bo momentalnie czuję że jak się zaraz nie położę to zjadę. A jak u licha się położyć gdy trzeba przecie krwotok tamować i robić opatrunek?
Wysłane z telefonu

czwartek, 18 października 2012

Komplecik

Hmm... Już nawet nie sposób na naszej poczcie dostać zwykłego arkusza papieru pakowego, który jest idealny do wykrojów krawieckich. Teraz tylko w zestawie ze sznurkiem i etykietkami.

Papier zużyję... Natomiast po kiego mi reszta? Może sznurkiem przywiążę do kaloryfera kogoś niegrzecznego, a adresówkę z napisem "mój ci on" przykleję mu na czoło? ;P

wtorek, 16 października 2012

Skirt+Short=Skort

Po ostatnim moim dziele, czyli komplecie top+spódniczka z gaciami, dziewczyny z zumby podsunęły mi spódniczkę, którą kiedyś wypuściła marka zumba, o taką:

sassyskort

 

Podobno koszt tej spódniczki oscylował około 200zł! Znaczek zumby kosztuje słono ;) . Tak więc zapowiedziały, że jeśli rozkimię jak to jest zrobione i przypadkiem uszyję coś na ten wzór, to one też chcą taką :D.

 

No to rozkimiłam i uszyłam.

Spódniczka zumbowa typu Skort, czyli spódnica z gaciami pod spodem :). Materiał: dzianina poliestrowa (96% poliester, 4% elastan). Tkanina jest lekko elastyczna, dość solidna, lejąca się, gładka. W pasie szeroka guma 5cm - ma co trzymać bo te "falbanki" to sporo materiału. Na zdjęciu akurat rozmiar XL z falbanką w kolorze fuksji. Kolorowa falbana w wersji wypuszczonej przez zumbę była siateczką z tiulu, która jak dla mnie wyglądała bidnie...więc podmieniłam ją tą samą dzianiną co cała spódniczka. Dzięki temu również falbana ładnie faluje i pasuje do czarnej części spódnicy. Koszt ten sam co tiulu, a efekt nieporównywalnie lepszy. Wyszła na bogato :))))

czwartek, 4 października 2012

***

Pamiętacie mój niedawny wpis Lepiej być miłym ?

No to dzisiaj trafiłam na fajny filmik ściśle związany z tematem: "Infolinia" - Maciej Stuhr


Miłego dnia bez konieczności załatwiania czegokolwiek przez infolinię Wam życzę :)

środa, 3 października 2012

Gadatliwość

Zwał jak zwał. Lubię sobie pogadać z ludźmi. U lekarza też gadam dużo, zadaję mnóstwo pytań bo ciekawska dusza jestem. Najgorzej pod tym względem jest u dentysty. No bo jak tu gadać z tym całym badziewiem w rozdziawionej paszczy? A najzabawniej gdy nie ma w gabinecie pomocy dentystycznej i dentysta mówi do pacjenta, czasem coś opowiada, a pacjent tylko daje znaki za pomocą unoszenia brwi i mrugania oczami.

Jak zabiegi są proste to jeszcze można na chwilę to wszystko powyjmować i coś powiedzieć. Ale jak sprawa jest poważna bo się akurat leży na fotelu chirurga, który musi swoją robotę zrobić - to danie czegokolwiek do zrozumienia, na przykład, że zaraz się utopisz z powodu zalania wodą, jest niewykonalne.

Moja wyobraźnia zaczęła zatem wędrować w rejon wynalazków. Na przykład możliwość przekazywania informacji bądź odpowiedzi przy pomocy konwertowania myśli pacjenta na słowo drukowane na ekranie. Nooo...to by było coś. Zakładasz "czapeczkę" z elektrodami i możesz rozmawiać nic nie mówiąc. Ale potem sobie pomyślałam: no dobra, odczytywanie myśli może być pożyteczne, ale jest jeden haczyk. Bo czy rzeczywiście byłoby dobre, gdyby na takim magicznym ekraniku wyświetlały się WSZYSTKIE nasze myśli, zwłaszcza te gdy zabieg jest paskudny i długotrwały?

;P

Miłego dnia! - życzy zmasakrowana wczoraj u pana chirurga szczękowego Brysia.

niedziela, 30 września 2012

Gdy smartfon jest zbyt smart

Smartfonik. Im bardziej zaawansowany, napakowany możliwościami, tym bardziej kusi. No bo przecież wolność od kompa, gadżety, pomocne aplikacje do wyboru, do koloru, internety bezprzewodowe, dżipiesy, fejsbuki, tłitery i inne super-hiper rzeczy. A wszystko to w kombinacji z dotykowym ekranem i z alfanumeryczną klawiaturą sprzętową. Rób wszystko na co masz ochotę gdy jesteś w trasie, na wycieczce w głuszy. Ta-daaaam! I mamy komórkę idealną :).

Doprawdy?

Przyjrzyjmy się tym wodotryskom z bliska. Gadżeciara ze mnie straszna, uwielbiam testować nowinki techniczne, więc zawsze gdy wymieniałam telefon na nowy – to zawsze na bardziej zaawansowany. Dlatego też mogę co-nie-co powiedzieć o wadach tych wszystkich cudowności.

Weźmy na przykład taki dotykowy ekran. Szał! Bez klawiatury sprzętowej to dopiero zabawa! To takie fajne przecież, gdy klawiatura na wyświetlaczu ma tak małe przyciski, że nie sposób jej obsłużyć palcami i potrzebny jest plektron albo piórko. Ale co tam klawiatura ekranowa – spróbuj odebrać telefon jak masz założone rękawiczki! No dobra…rękawiczka zdjęta, telefon odebrany – gadasz. I nagle coś jest nie tak. Po dłuższej chwili okazuje się, że za pomocą dotknięcia uchem ekranu wyłączyłeś sobie mikrofon, przełączyłeś na głośnomówiący, albo zawiesiłeś rozmowę. Czad!

Ale odczepmy się od tego ekranu. Czasem człek idzie po rozum do głowy i postanawia, że następny telefonik będzie miał, prócz dotykowego ekranu, klawiaturę sprzętową. I to nie byle jaką bo pełnowymiarową, alfanumeryczną jak na lapku! Radość i duma z dobrze podjętej decyzji trwa mniej więcej do momentu, gdy próbujesz wstawić do wiadomości polskie litery. Po pewnym czasie czasochłonnej męki rezygnujesz z pisania wiadomości w sposób staranny (czyt. ze wszystkimi “ogonkami”). Ale to nie koniec! Bo spróbuj na przykład ot tak, z marszu, w pośpiechu wklepać numer telefonu, który właśnie ktoś ci dyktuje naprędce bo już jedną nogą jest w odjeżdżającym tramwaju. Wyświetli ci się WSZYSTKO oprócz tych cholernych, wpisywanych w pole adresu cyferek. Zanim się odnajdziesz, powychodzisz z tych wszystkich mądrych wyszukiwarek, pokasujesz literki i uda ci się przełączyć w tryb wprowadzania cyferek – tramwaj odjechał, podyktowany numer ulotnił się z głowy a misja “dać komuś dzwonka” by sobie też zapisał numer zakończona niepowodzeniem.

Aplikacje – jest ich około mnóstwo. Zarówno tych wbudowanych fabrycznie jak i tych które można ściągnąć i zainstalować. Niestety okazuje się, że niektóre z aplikacji nie mogą po zainstalowaniu być przeniesione na kartę pamięci lecz muszą siedzieć w pamięci telefonu. Która jest nieduża. Chcesz więc zrobić miejsce i odinstalować niepotrzebne aplikacje, które były już wrzucone w system. No i…nie ma tak dobrze! Aplikacji, nawet najbardziej śmieciowych, a wbudowanych w system nie odinstalujesz bo są SYSTEMOWE. I tak to odkrywasz, że nieograniczona liczba pomocnych aplikacji jest ograniczona głównie przez pojemność pamięci wewnętrznej. Jak się później okazuje, również przez wydajność komórki, która zaczyna “mulić”, długo “myśli” i generalnie testuje naszą cierpliwość. A do tego zapycha pamięć danymi, które trzeba okresowo czyścić. Do czyszczenia też istnieją odpowiednie aplikacje rzecz jasna :).

Ale to nie wszystko! Bo co tylko połączysz się z netem, zaraz któraś z aplikacji chce się aktualizować. Co tam aplikacje – system też lubi się aktualizować. Po którejś z takich aktualizacji dziwnym zbiegiem okoliczności uszkodziło mi kartę pamięci. Nówkę. Karta już się do niczego nie nadaje – to tak pomijając utratę zapisanych na niej danych.

Facebook. Jak miło korzystać nie musząc odpalać laptopa. Ochoczo zabierasz się do pisania wiadomości, naciskasz “publikuj” i… pojawia się informacja, że zostało wymuszone zamknięcie aplikacji. Twoją wiadomość diabli wzięli, trzeba zrestartować telefon by w ogóle coś z telefonu wysłać. W międzyczasie poziom wqrwa – miliard jeden. To oczywiście dzieje się w domu, w którym masz porządne połączenie z siecią wi-fi. Bo jeśli jesteś w trasie i próbujesz skorzystać z publicznego hotspota, to w ogóle zapomnij. Nawet gdy się jakimś cudem w końcu podłączysz to sieci, to w krytycznym momencie wysyłania wiadomości na fejsa, telefon zrywa połączenie. Pokochaj zawieszenia aplikacji i brak połączenia z siecią jeśli nie chcesz oszaleć. To ja już wolę stary sposób na wysyłanie MMSem. Ale MMSy to już osobna historia.

Smartfon jest na tyle smart, że poniżej jego godności jest obsługiwanie wiadomości MMS. Bo jeśli masz podłączonych do sieci wiele aplikacji pracujących nieustannie w tle, ustawiasz domyślny sposób połączenia na sieć wi-fi a nie sieć dostawcy telefonii komórkowej. W tym momencie system nie potrafi się przestawić na odbiór i wysyłkę MMSów. Po prostu przestają działać. Gdy porobisz odpowiednie ustawienia “na świeżo” – to nawet popracuje kilka godzin, po czym się zawiesi i znów nie obsługuje. Ale w takich ustawieniach kryje się pułapka. Gdy zapomnisz odłączyć którąś z aplikacji żyłujących połączenie z internetem i wyjdziesz poza strefę zasięgu wi-fi… licz się z pustym kontem w przypadku opcji prepaid i sporym rachunkiem w przypadku naliczania abonamentowego.

Przejdźmy zatem do obsługi różnistych usług sieciowych. Właściwie cokolwiek chcesz przeglądać w sposób wygodny, musisz mieć konto google. Jeśli masz jakieś usługi w google zapisane na adres email od innych usługodawców, nie zalogujesz się na te adresy jak przez przeglądarkę, lecz musisz sobie założyć googlowy email, zakłada się konto googlowe i swoje usługi trzeba powiązać z takim kontem. Google nawet był wymagany by móc korzystać z bibliotek aplikacji do instalowania na komórkę. Komórka wszystkie te dane gromadzi, zapisuje – i w rezultacie stopniowo boskie google śledzi wszystko co masz bądź robisz również na swojej komórce. Nawet gdy chcesz sobie zrobić backup kontaktów, kalendarza czy notatek – musisz zrobić upload tychże informacji gdzie? No nie gdzie indziej jak na konto google! Wielki Brat Patrzy.

Smartfon im bardziej smart, tym bardziej wie gdzie się znajduje. Tryb “torebka” i tryb “wzięty do ręki” podgłaśnia lub ścisza dzwonek. Ale gdy komórka leży np. pod kartką papieru, komórka głupieje i w ten oto sposób wycisza dzwonek. Najwyraźniej myśli, że jest w ręku użytkownika. Można wyłączyć te funkcje, ale u mnie po ich wyłączeniu komórka nadal robiła swoje.

Smartfon posiada też cudowny i przydatny wynalazek - widżety (od ang. widget) na pulpit, dzięki którym można sobie pulpit dostosować do własnych potrzeb. Można sobie robić skróty do często używanych kontaktów lub aplikacji, albo też być super poinformowanym dzięki widżetom facebooka, twittera, poczty, pogody, które się aktualizują w tle. No więc nie jest tak różowo. Widżet pokazuje aktualne informacje przez krótki okres czasu po jego świeżym uruchomieniu na pulpicie, po czym …zapomina się aktualizować. Stary status potrafi wisieć tygodniami na pulpicie i można to skutecznie naprawić tylko usuwając widżet i tworząc go na nowo. I znów działa parę godzin – ale radocha! Najzabawniej jest jednak, gdy system świruje w sposób niewidoczny dla użytkownika, coś się pokiełbasi, wybierasz z ekranu dzwonienie do przyjaciółki, a system w tym miejscu “widzi” połączenie z twoim szefem. I łączy :). 

 

***

Nie ma się co dziwić, że po dłuższym czasie zabawy w zawodne wodotryski, miałam nieodparte wrażenie, że te wszystkie udogodnienia są jak atrapa. Efektowna, ale jednak atrapa. Myślisz, że masz w ręku porządne narzędzie, które ci ułatwi życie poza domem, w terenie, a okazuje się, że aplikacje się ciągle wieszają, połączenie albo się nie nawiązuje albo zrywa, a zaawansowane rozwiązania przeszkadzają w realizacji podstawowych zadań komórki.

Nie ma się też co dziwić, że po tych wszystkich doświadczeniach zatęskniłam do prostego telefoniku, z prostą klawiaturą, prostym interfejsem – ale bardziej przewidywalnego. Takiego, z którego się korzysta, a nie się go niańczy. Który nie rozłącza rozmowy bo dotknęłam ucha ekranem. I wreszcie – który nie stwarza iluzji posiadania wielu możliwości podczas gdy możliwości te zawodzą.

A jakie Wy macie doświadczenia ze Smartfonami? Czy Waszym zdaniem plusy użytkowania przeważają minusy?

Artykuł napisany w oparciu o doświadczenia własne z telefonami Nokia XpressMusic 5800 z systemem Symbian oraz HTC ChaCha z systemem Android.

czwartek, 27 września 2012

Wolę kiece :))

Od zawsze! Już jako mała dziewczynka nienawidziłam spodni i zawsze chciałam chodzić z sukienkach i spódniczkach. I chyba te ciągoty gdzieś tam we mnie siedzą do dziś.

Bo przecież gdy poszłam na zajęcia latino solo - już na drugą lekcję przyszłam w obcasach i spódniczce. Jakoś nie miałam ochoty w spodniach się przedzierać przez te wszystkie gorrrące rytmy, które aż proszą się o odrobinę kobiecego wyglądu. Gdy poszłam  na taniec orientalny - nie wytrzymałam długo w dresowych spodniach i zrobiłam sobie kiecę na zajęcia.



Tak już mam, że gdy w sposób długotrwały patrzę w lustro - co się dzieje zwykle na zajęciach tanecznych - lubię lubić to lustrzane odbicie. Jedynie na fitnessie trzeba było tkwić w gaciach albo leginsach bo tu już nie bardzo jest pretekst do założenia czegokolwiek innego. Tak też zawsze było odkąd poszłam na zumbę. Pół-fitness, pół-taniec latino...no i jakoś tak z rozpędu i wzorem instruktorów się chodziło w gaciach.

Dopiero mnie olśniło na lipcowym zumbowym maratonie. Na leginsy założyłam spódniczkę z łacinki. I dobrze się tak czułam :). W końcu podumałam, pokombinowałam - i sobie zrobiłam. Komplecik składający się z luźnego topu oraz spódniczki z rozcięciem i wszytymi w spódniczkę krótkimi spodenkami :))).

To jest TO o co mi chodziło!

Proszzzzz...
Tu na zdjęciach zostało założone na zwykłe, czarne "body" :)))

środa, 26 września 2012

Na wspominki mnie wzięło...

...efekt wywołany pewnym spotkaniem i rozmową. Poczułam potrzebę pogrzebania w filmowych archiwach z czasów gdy Goldeniasty był tutaj, ze mną. Ojjj wariat z niego :)))
Z tego co mi wiadomo, niewiele się u niego zmieniło :))

poniedziałek, 24 września 2012

Lepiej być miłym :)

Od czasu do czasu sytuacja wymusza zmiany w usługach, z których się korzysta. Czasem takich zmian się dokonuje niezwykle rzadko, zwłaszcza, że na hasło "zmiany" robi mi się ciepło. No i właśnie dziś wyskoczyła mi taka sytuacja. Zaplanowałam ja sobie zrobienie porządków z kontami w jednym z banków. Czyli otwarcie nowego konta operacyjnego i zamknięcie innego, starego - w ramach mojego numeru klienta. No więc dzwonię pełna chęci i żądzy czynu na infolinię. Rzadko to robię bo zwykle wszystko się załatwia w necie. I tu już masakra, bo system infolinii się rozbudował do rozmiarów monstrualnych, zarówno w poziomie jak i w pionie. Niekończąca się piramidka w stylu "jeśli...wybierz [cyfra]", niemal każda zawierająca opcje na wszystkie 10 cyfr. Po którymś z kolei, zaczęłam odczuwać niebezpiecznie zbliżającą się falę wqrwa, ale mówię: "spokojnie Brysia, straty muszą być, nie robisz tego codziennie". Wreszcie połączyłam się z konsultantką nr 1 i zaczynam załatwianie sprawy. Otwarcie konta - bezproblemowo, w ciągu pół minuty wszystko załatwione. Po czym przyszła kolej na dyspozycję zamknięcia starego oraz wydania debetówki do nowego. Pani zadaje mi pytania z serii: numer telefonu, nazwisko rodowe matki, czy podawałam swój adres email, na końcu pyta o PESEL. Ładnie podaję wszystkie aktualne dane, po czym słyszę w słuchawce, że niestety niektóre dane się nie zgadzają i nie może w tej sytuacji zamknąć starego konta ani zawnioskować o kartę do konta. W tym momencie przypominam sobie, że konto zostało otwarte wieeeeki temu gdy miałam kompletnie inny numer telefonu, który być może wtedy podałam. Ale możliwe, że w systemie siedzi jeszcze wcześniejszy numer. A może wcale nie podawałam? Któż to zgadnąć może? Pani więc uprzejmie mnie informuje, żebym zatem zaktualizowała dane w panelu klienta i zadzwoniła jeszcze raz. Cóż począć, szukam tych ustawień i czytam. Telefonu brak, emaila brak, PESELu brak, jedynie numer dowodu jest. Wchodzę do edycji ...i ZONK. System mnie informuje, że mogę dokonać zmian danych tylko mając hasła tzw. SMSowe ...a ja z przyzwyczajenia używam papierowych. No to idę do ustawień haseł jednorazowych, zmieniam ustawienie i... ZONK numer 2, system prosi mnie o wpisanie hasła wysłanego na numer telefonu. Jaki numer? - pojęcia nie mam, przyjmijmy więc, że hasło wysłano w kosmos. No pięknie... Dane niezgodne, nie pamiętam co podawałam i jest wbite w system bankowy, danych zmienić nie mogę, haseł papierowych na SMSowe zmienić nie mogę, to jak do jasnej anielki mam zamknąć konto i otrzymać kartę debetową? Bosko...no to jestem w ciemnej d*pie :( . No więc dzwonię znów na infolinię w nadziei, że mi doradzą co mam począć. Nadzieja topnieje z każdym kolejnym komunikatem "jeśli chcesz...wybierz [cyfra]. Kombinujesz człowieku do której opcji właściwie przyporządkować swój problem, a tu się jeszcze majtniesz i naciśniesz 1 zamiast 2 i nagle automat chce ci zmienić hasło do kanału internetowego. AAAAA!!!! MATULU! Zabierzcie mnie stąd! Po którymś-tam kolejnym połączeniu "na nowo", wysłuchania pierdyliarda automatycznych komunikatów, trafiam wreszcie na "poczekaj na zgłoszenie konsultanta". UFFF!!! W trakcie czekania kilka głębokich wdechów dla zgubienia wqrwa. Bo jednak człowiek na kablu, gdy się z nim rozmawia po ludzku i bez nerw, chętniej ze skóry wyjdzie by klientowi pomóc. Konsultant też człowiek i nie jego wina jakie bank ma rozwiązania techniczne, że klient dochodzi do ściany. No więc referuję miłej pani nr 2 całą sytuację, jakie dane mam w panelu, jakie mam prawdopodobnie nieaktualne, kończąc dramatycznym "nie wiem co zrobić - pomocy!". Pani widać bardzo kumata i zaproponowała: "to ja pani jeszcze raz zadam kilka pytań". Po czym pozadawała mi takie pytania, na które już wiedziała z mojej relacji, będę miała prawidłowe odpowiedzi. Wszystko zatem pięknie przeszło i nagle - mogłam dokonać wszystkich ustawień. Od zmiany numeru telefonu w systemie po wszelkie dyspozycje. Bardzo chętnie od razu wprowadziłam wszystkie aktualizacje, bo "skoro już tak pięknie idzie, to od razu ustawię to, sio, i jeszcze tamto" :)). Jeju...jak ja nie lubię infolinii... Jakkolwiek przekonanie, że z pracownikami takowych naprawdę lepiej rozmawiać w miłej atmosferze a zdenerwowanie powściągnąć - znów okazuje się słuszne. Pani mogła się skupić na tym, jak mi pomóc, zamiast na tym, by uspokajać kolejnego klienta-nerwusa. Odetchnęłam z ulgą.

środa, 19 września 2012

Upiorność nad upiornościami

Czy macie w swojej pamięci jakieś zdarzenie, które wydaje się wam wybitnie upiorne?

Ja mam takie jedno.

Rok 2007, pogrzeb żony naszego dobrego kolegi z Ekipy. Rzecz straszna bo kobieta młoda, małżeństwo z niedługim stażem, a śmierć po nagłej chorobie. Trumna złożona już do grobu, dookoła mogiły stoją żałobnicy. I najbliższa rodzina zmarłej. Ludzie kolejno podchodzą by złożyć kondolencje najbliższym. W pewnym momencie jeden z naszych kolegów, wracając na swoje miejsce po złożeniu wyrazów współczucia mężowi i rodzicom zmarłej, niefortunnie stawia stopę w ciasnym przejściu między dwoma grobami. Przez ułamek sekundy wszyscy obserwują jak walczy w powietrzu o równowagę i wreszcie odruchowo próbuje się przytrzymać drewnianego krzyża na najbliższym grobie. Krzyż, ku jego zaskoczeniu, zostaje mu w ręce. Odzyskuje równowagę, orientuje się co się stało i próbuje w pośpiechu wetknąć krzyż na powrót w ziemię mogiły. Wszyscy robią co mogą by zachować powagę.

Kurtyna.

wtorek, 11 września 2012

Chwalę się :)

Wypadałoby trochę pouzupełniać temat szycia bo się opuściłam :))

Niełatwo mi ostatnio znaleźć fason, który w pełni spełni swoją rolę - czyli tuszowania niedoskonałości w okolicy brzucha. Proste i wąskie tuniki opinają, tuniki odcinane pod biustem za to dają wrażenie ciąży słoniowatej. I tak lepiej na mnie wyglądają te pierwsze.

No to sobie uszyłam taką jedną...i teraz chodzę w niej non stop bo ją kocham absolutnie. Mowa o tej:




Potem zachciało mi się pójść na imprezę salsowo-zumbową, ale OCZYWIŚCIE pojawił się znany wszystkim kobietom problem pod tytułem "nie mam się w co ubrać!". No więc...też załatwiłam ten problem po swojemu :)


Nie widać tyłu i łańcuszkowego "paska", ale kiecka w całej krasie będzie lepiej widoczna na tym filmiku (z imprezy zresztą)


Dekolt z przodu, dekolt z tyłu, opięta na biodrach, akcent salsowy w postaci falbanki. Do tego wiązany na szyi topik na spód z siateczką od linii pod biustem. Generalnie sexi ...i wszystkim zebranym, którzy wiedzieli, że to dzieło moich rąk, szczęki poopadały :)).


Podczas pobytu Młodej u mnie na wakacjach, obiecałam jej uszyć spódniczkę, która się mocno kręci :). Każda mała dziewczynka dałaby się za taką zabić -  jak by nie było, też kiedyś byłam mała to pamiętam :P
No to słowa dotrzymałam i spódniczka czekała na nią po jej przyjeździe na drugą turę wakacji:


Ileż było radochy i kręcenia... Kręciła się non stop jak bączek :D

Tymczasem znów knuję kolejne ciuszki ;)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Łomatulu, łomatulu!

Patrzę na datę ostatniego wpisu, dziwuję się i siebie zapytuję, gdzież to się podziały ostatnie trzy tygodnie???

środa, 1 sierpnia 2012

Siedem kotów

"Któregoś upalnego, lipcowego dnia grzebałam w necie jak zwykle. Nagle przyszło mi do głowy, by poczytać o kotach. Uznałam, że jako zdeklarowany psiarz, powinnam się dowiedzieć, jakie one są naprawdę i dlaczego przez całe życie jakoś nie było mi po drodze z kotami. Skacząc ze strony na stronę, trafiłam na Rudomi.pl , gdzie po raz pierwszy spotkałam się z terminem "dom tymczasowy", "tymczas". Zgłębiłam więc temat bom ciekawska dusza - i po zorientowaniu się o co w tym wszystkim chodzi - stwierdziłam, że przecież miałabym warunki na coś takiego!"


Zapraszam na małą sentymentalną podróż z okazji drugiej rocznicy NaTymczasie.pl - czyli założenia Kociego Domu Tymczasowego. Na co dzień tutaj Was nie zamęczam kocimi  opowieściami, ale dziś akurat to ważna rocznica dla mnie :)

[ciąg dalszy tutaj ]

sobota, 21 lipca 2012

Komplementy “kuchenne”

Nie uważam się za dobrą kucharkę. Nie przepadam za pichceniem wymyślnych potraw, ani pięciodaniowych posiłków. Gotuję szybkie, proste obiady, starając się, by sterczenie przy garach nie trwało dłużej niż 15-20 minut. No, góóóra 30 od wielkiego dzwonu. A to dlatego, że jak się za długo nawącham przy gotowaniu, to już nie mam ochoty tego jeść. Jednak pilnuję, by jedzenie było dobrze doprawione i żeby składniki były dobrej jakości.

Kiedyś-kiedyś jednak usłyszałam, MEGA komplement na temat mojego pichcenia. MEGA - no bo czyż istnieje większy komplement, aniżeli usłyszany z ust osobistego ślubnego: “gotujesz lepiej niż moja mama”?

Do wczoraj sądziłam, że nie :). Wczoraj bowiem usłyszałam komplement jeszcze większego kalibru - od grymaśnej siedmiolatki: “Ciociu, ty takie dobre obiadki gotujesz, że powinnaś być normalnie kucharką w przedszkolu!”.

Życie lubi zaskakiwać ;).

A jaki był najlepszy komplement w tym temacie, którym uraczono was?

czwartek, 12 lipca 2012

...może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca...


Ach, długo jeszcze po­leżę 
w szkla­nej wodzie, w sieci wo­dorostów, 
za­nim na­reszcie uwierzę, 
że mnie nie kocha­no, po prostu. 

/Maria Pawlikowska-Jasnorzewska/

wtorek, 10 lipca 2012

Dopiero przed a już po

Urlop...i po urlopie. Jutro z rana powrót do rzeczywistości. Pracy, zegarka, służbowej komórki.



Chyba sobie bardzo zasłużyłam na to wolne, bo pogoda była dla mnie wybitnie łaskawa. Przez cały czas przepiękna pogoda - i taka trochę na rower, i trochę do smażenia się, i trochę nocnych burz z piorunami. Czas wykorzystany maksymalnie.



Rowerkowanie, zumba, błogie lenistwo z książką, trochę spotkań, ciekawych imprez, nowych doświadczeń, a nawet w trakcie tego urlopu kota z mojego tymczasu znalazła stały dom.



Chyba najbardziej będę pamiętać występy kursantek Akademii Tańca Alhambra - zamieszczę jedynie nagranie z "finału" jako że nie życzą sobie udostępniania nagrań swoich choreografii ;)




Oraz imprezę na zakończenie sezonu w Studio Tańca Copa Cabana, która miała formę salsoteki i zumboteki, gdzie DJem był sam Hector Torres :)  Było genialnie, tańczyliśmy prawie do 4 rano :D



No...to "byle do urlopu!" :)))

wtorek, 3 lipca 2012

Postanowione!

Koniec z odbieraniem telefonów i smsów tuż przed umówionym spotkaniem z facetem. A już zwłaszcza pierwszym spotkaniem.

Taki telefon oznacza jedną z dwóch rzeczy:

a) facet spóźni się
b) facet jest na miejscu sporo wcześniej

W pierwszym przypadku jest d*pą wołową jeśli sobie nie umie sprawdzić na mapie trasy dojazdu, oszacować czasu dojazdu z marginesem bezpieczeństwa, albo jeśli nie potrafi zapytać przechodnia o drogę. Nie szanuje też kobiety, z którą się umówił dopuszczając możliwość spóźnienia się i pozwolenia na to by kobieta nań czekała. To on ma czekać.

W drugim przypadku reagowanie na telefon w czasie przygotowania do wyjścia bądź w drodze przeszkadza kobiecie w dotarciu na miejsce na czas, natomiast tekst “ja już jestem” ani niczego nie wnosi, a jedynie stresuje bo za nim kryje się oczekiwanie “zabij się ale przyjdź już bo JA jestem wcześniej”.

Od dziś dnia – moja komórka będzie wyłączona przy takich okazjach. Jak się facet nie pokaże na czas – to mnie nie ma :).

poniedziałek, 2 lipca 2012

Skarby na wyciągnięcie ręki, czyli Pławniowice.

W pierwszy urlopowy weekend, korzystając z przepięknej pogody, postanowiłam się wybrać na mały-dłuższy wypad rowerowy. Kierunek – Pławniowice, cel – Zespół Pałacowo-Parkowy. Nigdy nie byłam, a wstyd mieć pod nosem i nie odwiedzić. I nie wyżyć się fotograficznie Szeroki uśmiech.

 

Wybrałam trasę odpowiednią dla Gustawa, który lubi bezdroża, dziury i teren i pomknęłam przez pola w kierunku Ligoty Łabędzkiej.

IMG_9511

Sporo ludzi wybrało się zarówno na rowery, jak i nad wodę, wielu z tych ostatnich błądziło i poszukiwało u mnie informacji. Ja zwykle po bezdrożach jeżdżę na mapy turystyczne, więc mogłam zbłądzonym użyczyć do wglądu wraz z informacją gdzie aktualnie się znajdują. Ligota Łabędzka to już kawałek wąskiego asfaltu, dopiero w Rzeczycach asfalt zwinięty i zaczynają się koszmarne, wybrakowane, pokomunistyczne kafle, na których się można zabić. Zaraz po tym jak człowiek wpada w drgania, w bonusie uderza go koszmarny smród. To oznacza, że wjechało się w strefę świniarni rzeczyckiej. Chciałoby się przemknąć obok z prędkością dźwięku by jak najprędzej uciec przed tym odorem, ale nie pozwala na to owa okropna nawierzchnia. No i nie ma ucieczki, pozostaje myśleć o przyjemnych rzeczach aż do końca strefy. Kawałek drogi za strefą smrodu napotykam grupę rowerzystów, z których jeden akurat klei dętkę. Chyba ofiara zbyt dużej prędkości podczas próby ucieczki przed smrodem.

Dalej trasa jest milsza bo jest i asfalt, i czyste powietrze Puszczam oczko. W Taciszowie natrafiam na bocianie gniazdo, któremu urosły włosy:

IMG_9527

Dalej w kierunku Pławniowic prowadzi przyjemna droga. Same Pławniowice to miejscowość, gdzie można by śmiało postawić tabliczkę z napisem “koniec świata”. Kręta, wąska szosa ma sporo podjazdów i zjazdów, ale dla górala to nie problem.

Wreszcie dojeżdżam do celu, czyli bramy Zespołu Pałacowo-Parkowego. Przy wejściu trzeba kupić bilet-“cegiełkę” na renowację i utrzymanie zabytku – w zabójczej cenie 1 zł Puszczam oczko. Nie wolno jeździć rowerem po parku ale można rower zabrać ze sobą. Zauważyłam też stojaki na rowery.

Jako pierwsza rzuciła mi się w oczy prześliczna wieżyczka wozowni.

IMG_9533

Chwilkę odpoczęłam w cienistym zaułku w jej pobliżu, jednocześnie naprzeciw frontu pałacu, nieco przesłoniętym koronami drzew.

IMG_9564

IMG_9532

Siebie też uwieczniłam…

IMG_9555

A to wejście do kościoła i malowniczo je okalające drzewa.

IMG_9572

Po krótkim odpoczynku, bez pośpiechu zaczęłam się przechadzać wzdłuż parkowej alejki, doskonale bawiąc się podczas fotografowania.

Urzekający czubek wieży na tle pogodnego nieba…

IMG_9582

…Jej Wysokość Puszczam oczkoIMG_9594

…a te ławeczki Czerwone serce

IMG_9604

Nieco dalej na tyłach pałacu znajduje się nieduże jeziorko z ławeczkami dookoła.

IMG_9606

A to miejsce mnie absolutnie zachwyciło – taki zakątek zwany Eksedrą

IMG_9625

Ach, gdyby można było tu sobie spokojnie posiedzieć w samotności i podumać…

IMG_9634

Niestety ludzi sporo więc idę dalej. Docieram do strefy Alpinarium.

IMG_9639

IMG_9648

Kilka serii schodków, na których lepiej nie przysiadać jeśli się nie chce zostać oblezionym przez mrówki i docieram na tyły pałacu.

IMG_9653

A tam na podwyższeniu popiersie Angelusa BallestreroIMG_9656

Widok z podwyższenia na dziedziniec wewnętrzny i zaparkowany na dole Gustaw.

IMG_9660

Kieruję się powoli do wyjścia, więc idę tym razem ścieżką biegnącą tuż przy froncie pałacu by nacieszyć oko wszystkimi detalami z bliska.

IMG_9675

…i jak tu sobie nie wyobrażać tych wszystkich powozów podjeżdżających na dziedziniec?

IMG_9689

IMG_9694

Na sam koniec gdy już prawie wychodziłam z parku, włączono frontową fontannę. Momentalnie zrobił się przy niej ruch, podbiegały dzieci, ludzie robili sobie przy niej zdjęcia.

IMG_9703

Ale przyszedł czas wyjechać w drogę powrotną. Po drodze parę razy przystawałam by zrobić zdjęcia, bo jak tu zignorować tak bajeczne niebo rozciągające się nad łanami zbóż:

IMG_9713

…albo taaakie pole kukurydzy zdające się sięgać “aż do nieba”…

IMG_9727

A to miejsce pełne polnych kwiatów upatrzyłam sobie już w drodze do Pławniowic. Ale postanowiłam zrobić w nim sobie zdjęcie dopiero przy późno-popołudniowym słońcu, które daje ładniejsze światło.

IMG_9733

Tak oto po około 30 kilometrach i kilku godzinach dotarłam do domu. Ukurzona, zmęczona nadmiarem słońca, z aparatem pełnym zdjęć.

Mam nadzieję, że i Wam wycieczka przypadła do gustu Uśmiech

P.S. Tak informacyjnie dodam, że zdjęcia nie widziały photoshopa Szeroki uśmiech gdyby przypadkiem komuś przyszła do głowy taka wątpliwość…