niedziela, 2 października 2011

Tydzień w raju

Dziś zabieram Cię na długą wycieczkę. A zatem zrób sobie kawę, usiądź wygodnie i daj się zaprowadzić do innego świata - świata natury, braku pośpiechu i prostych przyjemności :). No więc, start!

***

Czasami tak bywa, że planując coś na zasadzie "co będzie to będzie" - wygrywa się los na loterii. Tak właśnie było z wyjazdem urlopowym, który zaplanowałyśmy z kumpelą na wrzesień. Wrzesień miał być wyjątkowo zimny, zaś my nie byłyśmy pewne swojej kondycji rowerowej, nigdy nie jeździłyśmy na rowerach z obciążeniem, nie wiedziałyśmy też jak będziemy się czuły w końskim siodle. Ale postanowiłyśmy. Że jedziemy we wrześniu na rowerach do gospodarstwa agroturystycznego, w którym są konie. Zdecydowałyśmy też, że chcemy się odciąć od cywilizacji w rozumieniu: brak kompów, netu, dzwoniących komórek i telewizji. Tylko natura, konie i my. Acha - i jeszcze żadnych chłopów :). Gospodarstwo znalazłam po przekopaniu internetu, wyglądało przyzwoicie, więc zrobiłyśmy rezerwację i zaplanowałyśmy urlopy w pracy. Zaopatrzyłyśmy się też w sakwy rowerowe, zrobiłyśmy przegląd rowerków. Wreszcie nadszedł ten piękny dzień gdy wyruszyłyśmy w trasę.

Rower gotowy do drogi


Poniedziałkowy raczej późny poranek, na spokojnie. Prognozy straszyły, że będzie lało, ale była przepiękna pogoda.

Po drodze spotkałyśmy takich oto rowerzystów:

 
My też damy radę! :)))


Nie obyło się oczywiście bez utrudnień na drodze. Wszędzie coś budują, przebudowują, remontują.

Rzut oka za siebie na trasie Kozłów-Sośnicowice. W Kozłowie i na Łanach pół drogi rozkopanej na całej długości. Obowiązywał ruch wahadłowy na bardzo długim odcinku, w dodatku miałyśmy pod górkę. A TIRy ledwie się mieściły na wydzielonym pasie. Trzeba było co chwila schodzić do rowu by je przepuszczać. Panowie z TIRów wyraźnie doceniali ten gest, zdarzył się tylko jeden wariat w wielkim ciężarowcu, który pędził jak oparzony podczas, gdy pół koła mu wystawało poza asfalt. Mimo zejścia do rowu, sytuacja i tak była niebezpieczna :/

A tutaj ja z objuczonym rowerkiem :). Sośnicowice, tak zwana "Polskowieś"
Za Sośnicowicami zaczęły się problemy z zasięgiem, nawet GPS świrował. Papierowa mapa turystyczna to dobry pomysł był ;)

Bardzo dobrze się jechało. Pogoda dopisywała, czasem było nawet upalnie jak na wrzesień. Dwie kobiety podróżujące na objuczonych rowerach wzbudzały raczej ciekawość, więc reakcje były sympatyczne, również ze strony kierowców. A że starałyśmy się w miarę możliwości na wąskich odcinkach z zawalonym przeciwnym pasem zjeżdżać TIRom na pobocze i je przepuszczać, to tym sympatyczniej było. Wystarczyło, że przystanęłyśmy na jakimś przystanku autobusowym w Rudach, by kierowca PKSu, który się na nim zatrzymał, zainteresował się czy się aby nam coś nie stało :).



Jazda z pełnymi sakwami charakteryzuje się tym, że trudniej się startuje i hamuje. Jak już się rowerek rozhula, to się toczy niemal własnym ciężarem :D. No i trzeba uważać przy wyjeździe z lasu gdy nagle uderza boczny wiatr.

***

Gdy dojeżdżałyśmy na miejsce, najpierw ujrzałyśmy konie na pastwisku, a potem piękny dom - dokładnie taki, jak wyglądał na stronie internetowej gospodarstwa. Przywitała nas miła gospodyni, zaprowadziła w miejsce, gdzie mogłyśmy "zaparkować" nasze maszyny i zdjąć sakwy. Zaprowadziła nas po robiących wrażenie drewnianych schodach odpucowanych na błysk do pokoju - był śliczny, przytulny i czyściutki. Łazieneczka, podobnie jak pokój, nówka i błysk. W oknach pokoju moskitiery! Widok na pastwiska. Dostałyśmy od razu zaproszenie na kawę i domowej roboty ciasto na tarasie gdy tylko się wykąpiemy. Miła pogawędka z gospodarzami przekonała nas, że znalazłyśmy się we właściwym miejscu, wśród otwartych, sympatycznych ludzi. A teraz zdjęcia "obejścia", byście mogli poczuć klimat :)

Dom w promieniach zachodniego słońca


Dom od frontu

Widok na dom z końca jednego z pastwisk

Jadalnia

Śniadanie mistrzów :). To wersja dla mięsożernych. W wersji dla bezmięsnych, zamiast kiełbaski - były świeże warzywka. Warto dodać, że chleb był zawsze ciepły i chrupiący - wprost z piekarnika :). Obiadki za to zawsze dwudaniowe! A jakie pyszne...mmmm... :)))


Nie ma jak poranna kawa na tarasie :)

Taras

Taras w pełnej krasie z leżaczka

...ekhm...z tego leżaczka :D A to drugi kraniec tarasu :). Leżaczek jak widać bardzo wygodny.

Wejście na lążownik z ujeżdżalni

Nie mogłam się powstrzymać - przepiękne siodło w stylu western

Stajnia i miejsce do siodłania koni

Sunia rasy mix, kochana i czujna. Zawsze udawała przed Panią, że wcale nie spała na tarasie ;P

Ja tu pilnuuuuujęęę...

Druga sunia rasy border collie, która wiecznie chciała być pomocna, więc zaganiała stado koni.

Głaszcz mnie!!!

Robi wrażenie, prawda? :)

Masę czasu spędzałyśmy na łące przy koniach. Zazwyczaj by zlokalizować którąś z nas, trzeba było wpierw zlokalizować konie. Były wyjątkowo przyjazne - poznajcie je :)


Całe dnie spędzałyśmy na powietrzu. Przy koniach, na łące, na tarasie, na rowerkach. Oczywiście wykorzystałam fakt, że można było wyjść daleeeeko w pole, za pastwiska, gdzie nikomu nie przeszkadzałam i mogłam wreszcie spokojnie poćwiczyć grę na saggatach.



Przynajmniej nikomu nie więdły uszy od moich pomyłek. Jakkolwiek zdarzyła się przy tym i ciut komiczna sytuacja, gdy...a zresztą sami zobaczcie :D.



Kumpela, która fotografowała akurat koniki, zauważyła i sfilmowała, o czym nawet nie wiedziałam ;). Niezły refleks :D


A co z jazdą na konikach? Zupełnie inaczej się odbiera wysokość końskiego grzbietu gdy się jest dorosłym a nie 11-latką. Dorosły człowiek zdaje sobie sprawę, że jak zleci to z hukiem - dzieciak nie jest świadomy zagrożeń :D. Poprosiłam o najspokojniejszego i najniższego konika zatem i okazało się, że będzie to Ania, z którą złapałam tak dobry kontakt od początku.


Każda jazda zaczynała się od czyszczenia konika pod siodło, nauki siodłania i zakładania ogłowia. Wiecie ile siły potrzeba by dociągnąć popręg? Byłam zaskoczona.

Czyszczenie konika przed jazdą pomaga nawiązać z nim kontakt, oswoić się z nim i przekonać się, że w sumie - skoro jestem w stanie dosięgnąć grzbietu konia - to nie jest aż tak wysoki ;)

Pierwszy raz w siodle dość ostrożny, ale jakże przyjemny o zachodzie słońca :)

Przy drugiej jeździe już odważniej i pewniej :)

Pierwsza dość "ciasna" volta w kłusie. Jestem z siebie dumna :)

I luuuuzik pod koniec jazdy. Bez strzemion, właściwie bez trzymanki.

Kochana Ania - charakterna (zupełnie jak ja), ale kochana.

Wyjazd w teren. Tym razem na wyższej i smuklejszej niż Ania - klaczy Luisianie. To spora różnica ;). Na czele Uno, dalej Luizjana, na końcu Ania.



Postanowiłyśmy się ustawić do zdjęcia na tle lasu :)

Luizjana potrafi nieźle pozować :D

Skłonienie Luizjany do kłusu to pestka - w porównaniu z charakterną i ciut leniwą Anią :D.

Ania nawet na ujeżdżalni szuka czegoś do skubnięcia ;P

Ania i Ja - dwie baby z charakterem :D Idealnie dopasowane :))



Oprócz pięknych koników, miałyśmy do dyspozycji przepiękne tereny. Jest gdzie zarówno pospacerować, jak i pojeździć na rowerze. Zrobiłyśmy sobie wycieczkę do Raciborza oraz rezerwatu przyrody Łężczok. W Raciborzu trafiłyśmy na pewną młodą panią z rowerkiem, która zapytana o drogę, gdy dowiedziała się, że przyjechałyśmy na rowerach z Gliwic - zrobiła wielkie oczy i natychmiast opowiedziała nam gdzie co znajdziemy oraz że w Raciborzu mają 18 km ścieżek rowerowych wokół miasta. Odwiedziłyśmy Browar, Zamek Piastowski, posiedziałyśmy przy kawie na raciborskim rynku i pognałyśmy na wały nad Odrą, gdzie zaczynała się ścieżka rowerowa. Ścieżka REWELACYJNA! Gliwice się mogą pod tym względem schować :). Malownicze tereny, po prostu bajka!




To niebo było naprawdę zabójcze :)

Wracając z Raciborza, w Markowicach odbiłyśmy do Łężczoka. Woda, mnóstwo ptactwa, inny świat. Żałuję, że nie mam jeszcze teleobiektywu w aparacie. Ptactwo bowiem było wyjątkowo płochliwe mimo, że zachowywałyśmy się bardzo cicho.

W mapce są osadzone zdjątka z ładnych miejsc, które odwiedziłyśmy po drodze :)


Pogoda przez cały czas była wyśmienita - tylko jeden dzień był trochę deszczowy, ale wówczas...

Z książeczką na tarasie podczas deszczu

Ekhm... :) W czasie deszczu dzieci się nudzą - to i robią różne takie głupoty :D

Jako ciekawostkę dodam, że przeddzień naszego wyjazdu przyjechał pewien pan z sokołem by go puścić na łące. Imponujące ptaszysko gdy się je widzi na żywo z bliska :)


Wszystko co dobre jednak się kończy i nadszedł dzień wyjazdu. Był wyjątkowo zimny, od rana wisiała mgła a z nieba leciała mżawka. Nieprzyjemnie, ale cóż - po porządnym śniadaniu, pożegnaniu się z gospodarzami, zahaczyłyśmy jeszcze o pastwisko pożegnać się z konikami. No i w drogę!

Tym razem wybrałyśmy drogę przez Ostropę i Gliwice - aby ominąć rozkopane Łany Wielkie i Kozłów. Przy wietrznej i wilgotnej pogodzie nie było chęci do zwiedzania po drodze. Może innym razem ;)

Przeżyłyśmy wspaniały tydzień bez komputerów, telewizorni, internetu, z wiecznie wyłączonymi komórkami rzuconymi gdzieś w kąt. Nawet zegarek nie było potrzebny. Gdy rankiem było słychać pierwsze rżenie za oknem - wiadomo było, że jest 8:01 :). Jedyne co dziwnie mnie prześladowało to wszędobylscy geodeci na każdym rogu. Nawet przez kilka dni dwóch panów geodetów nocowało w "naszym" gospodarstwie. To pewnie jakiś spisek bym nie zapomniała w jakiej branży pracuję :D.

Będę tęsknić za tym miejscem, ale i myślę, że będę tam wracać. Jeszcze nie zdarzyło mi się, by gdzieś tak o mnie dbano jak tam! Byłam tam barrrrdzo szczęśliwa :)) A wypoczęłam jakbym tam z miesiąc siedziała :D

Na zakończenie naszej podróży krótki film :)