poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Domatorem być :)

Uwielbiam swój dom. Spokojne cztery ściany. Lubię spędziać w nim czas, czasem do tego stopnia, że nie chce mi się wyścibiać nosa z domu. Wyznaję zasadę "mój dom - moja twierdza" i starannie dobieram sobie ludzi, których do tej mojej twierdzy wpuszczam. I nagle... okazuje się, że ludzie tacy jak ja wcale nie są domatorami, ale ofiarami cocooningu.

Co gorsza w domu pracuję i większość zakupów robię w necie (z domu). Straszne!

Kurczę...i pomyśleć, że marzyło mi się przerobienie jednego pokoju na prywatną salkę treningową... Chyba będzie trzeba sobie odpuścić takie marzenia bo jeszcze nie daj buk się stanę jakimś ortodoksem cocooningu... czy cuś...

Buuuuu.....

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Tak więc po 3 tygodniach laby wracam do pracy. Przerwa od tematów służbowych poskutkowała totalnym "resetem" w głowie, więc teraz tak sobie przeglądam, sprawdzam wszystko pod kątem organizacji pracy...i jakieś to wszystko takie obce mi się wydaje, jakby nie-moje :D

Jeśli się ma totalny reset po wolnym, tak, że się nie wie co do czego, to chyba urlop był udany ;) (?)

sobota, 28 sierpnia 2010

No to tłumaczę osocho :D

Sports Tracker to taka aplikacja na Nokię, którą można sobie zainstalować w telefonie. O ile się ma Nokię i o ile na dany model jest wersja tego programu :D. Na mój akurat jest :). Jest też serwis internetowy dla użytkowników tej aplikacji.

Aplikacja zainstalowana w telefonie działa w oparciu o GPS. W podstawowych ustawieniach podajemy naszą wagę i np. wysokość n.p.m. naszego obszaru. Rozpoczynając trening (np. bieganie, chodzenie, jazdę na rowerze, nordic walking i wiele innych dyscyplin, przy których się przemieszczamy) wystarczy uruchomić w telefonie aplikację i rozpocząć w niej nowy trening. Po ustawieniu rodzaju treningu, uruchamiamy program, który śledzi nasze poczynania sportowe. W oparciu o GPS zapisuje w telefonie trasę, którą pokonujemy, prędkość chwilową (a w oparciu o nią prędkość maksymalną, minimalną, średnią - przy czym zapamiętuje miejsca, w których zostały osiągnięte prędkości maksymalna i minimalna i naniesione na mapę), rejestruje też wysokość na jakiej się znajdujemy, czyli spadki i podejścia/podjazdy, w oparciu o prędkość i wagę zlicza spalone kalorie. Profesjonaliści i megaentuzjaści dokupują sobie urządzonko do pomiaru tętna, współpracujące z aplikacją, dzięki czemu na bieżąco można rejestrować tętno podczas treningu no i precyzyjniej liczyć spalone kalorie ;). Trening można pauzować gdy np. się robi przerwę, zresztą jest też funkcja automatycznego pauzowania gdy prędkość spadnie do takiej wartości, jaką sobie ustawimy.

Po ukończonym treningu wystarczy wysłać dane na swoje konto w serwisie internetowym. Przy wysyłaniu aplikacja sprawdza też czy w trakcie treningu nie zostały zrobione komórką zdjęcia - jeśli tak to też je wysyła na serwis wraz z zaznaczeniem na mapie miejsc, w których zdjęcia zostały wykonane (prawdę mówiąc bardzo ciekawe bywają fotki kolarzy górskich - jej ale widoczki!). W starym serwisie Sports Tracker'a działała jeszcze funkcja udostępniania swojej treningowej playlisty. Podobnie jak w przypadku zdjęć - program wyszukiwał czy i jakie utwory były odtwarzane na komórce i przy wysyłaniu można było udostępnić również pełną listę. Podobno obecnie też te dane są wysyłane do bazy, ale serwis internetowy jeszcze tego nie obsługuje - tę funkcję dopiero implementują (czyli robią :D). W starym serwisie było też możliwe dodawanie znajomych oraz funkcja udostępniania danych o swojej lokalizacji na żywo w trakcie treningu, jak również udostępnianie danych o treningach wyłącznie swoim znajomym. To była przydatna funkcja dla wielu osób np. samotnie jeżdżących po górkach albo gdy kolega z zespołu np. chciał dołączyć "po drodze". Póki co tego nie ma, ale przypuszczam że i nad tym będą pracować. Póki co wersji "live" nie ma, a dane o treningach można udostępnić publicznie albo uczynić zupełnie prywatnymi.

W serwisie internetowym są z tego robione fajne statystyki, porównania, kalendarz odbytych treningów, mapki z zaznaczonymi ewentualnymi zdjęciami, wykresy wysokości, prędkości, tętna (u tych co mają miernik tętna). Można też wprowadzać trening "ręcznie" - ja np. tak wprowadzam moje treningi taneczne. Wprowadzam trening jako "Indoor" czyli w budynku, wpisuję po prostu czas treningu, dzień, przybliżoną liczbę kalorii dla godziny intensywnego tańca. Choć aż korci mnie by sobie kiedyś podczas tego przyczepić do pasa komórkę i sprawdzić ile robię kilometrów trenując przez godzinę taniec arabski :D.

Odkryłam aplikację w czerwcu i muszę powiedzieć, że bardzo mi się spodobała. Teraz dopiero wiem ile tak naprawdę robię kilosów piechtolotem - a to mnie zawsze zastanawiało np. gdy łaziłyśmy z kumpelą po wsi trzecią godzinę :D. I jakoś mnie to generalnie mobilizuje. Zwykle wydawało mi się że nic nie robię. Nawet dzisiaj mi się wydawało, że chyba z miesiąc się nie ruszyłam z domu - zerknęłam w zapisy na ST - a tu czarno na białym, że w poniedziałek łokingowałam! Czyli wcale nie siedzę na tyłku :). I w dodatku suma przebytych kilometrów i czasu spędzonego aktywnie mi stale wzrasta. Na moją wyobraźnię to działa! :D

W ramach chwalenia się na blogu jak to dzielnie ruszam swoje czcigodne cztery litery i się nie poddaję, zaczęłam szukać jakiegoś gadżetu blogowego dla Sports Trackera. Coby wyświetlał moje dokonania :D. Ale na razie nie ma. Jest tylko dzielenie się informacjami na Facebooku i Twitterze. Tak się składa, że jakiś czas temu chciałam obadać Twittera i założyłam konto, ale mi się nie spodobał i dałam sobie spokój. Teraz odkryłam, że skoro Twitter ma gadżet do publikowania wpisów na blogasy a z kolei Sports Tracker może wysyłać wpisy na Twittera, a i tak Twittera nie wykorzystuję do niczego, wpadło mi do głowy by to wszystko połączyć i wrzucić tam na lewą kolumnę gadżet (widget) Twittera, na który mogę wrzucać informacje ze Sports Trackera. No! - jak zwykle błysnęłam geniuszem ;P.

To już teraz wiecie co to jest Sports Tracker, co ma wspólnego z Twitterem, że widget to jeden z tych gadżetów co to sobie wrzucamy na boczne listwy i gdzie tylko się da...no i że rzeczywiście generalnie to chodzi o chwalenie się. Wam :). No. A jak się mam chwalić to muszę mieć czym. A jak mam mieć czym to muszę ruszyć tyłek. Koło się zamyka :D

A tak w ogóle to lans rządzi! :D

http://www.sports-tracker.com

czwartek, 26 sierpnia 2010

Znalazłam

źródło: Sports Tracker na FB
...zajęcie dla mojego konta na Twitterze. Jakiś czas temu założyłam je z ciekawości jak to wygląda, ale jakieś to toporne takie i mniej swojskie niż nasz polski BLIP. Tak że sobie takie wisiało puste i niewykorzystane gdzieś na serwerze.

A więc: zajęcie będzie polegało na tym, że widget blogowy Twittera będzie mi robił za widget blogowy dla Sports Tracker'a :).
A Sports Tracker dla Nokii to od paru miesięcy (dokładnie trzech) robi za mój motywator i jednocześnie dzienniczek aktywności fizycznej :D.

Człowiekowi się zwykle wydaje, że NIC nie robi. A jak ma dzienniczek - nagle okazuje się, że to wcale nie jest takie NIC. A że aplikacja pracuje w oparciu o GPS, to rejestruje dystans, prędkość, wysokość, tętno (jeśli się ma specjalne urządzenie), spalanie kalorii. A z bajerów - zrobione w czasie treningu fotografie komórką (z oznaczeniem miejsca na mapie), a nawet słuchaną muzykę.

W sierpniu został otwarty nowy serwis ST i jest wciąż "dopieszczany". Lubię ten gadżet, bo wgląd w historię treningów mnie jednak motywuje do kolejnych :). Tak że póki co konta na Twitterze nie skasuję dzięki opcji wysyłania nań aktywności ST.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

W lesie...

...można trafić w urokliwe miejsca :)
A nawet przysiąść na powalonej brzózce i odetchnąć chwilkę :)
Przynajmniej dopóki komary się nie zorientują ;P

niedziela, 22 sierpnia 2010

W zdrowym ciele...

Wygrzebałam przypadkowo ciekawy tekst o ...nie, w sumie nie o odchudzaniu. Raczej o pewnych mechanizmach związanych z żywieniem, wpływających na naszą sylwetkę i zdrowie [ link ]. Dużo tego nie jest, więc szybko wchłonęłam :).

A tymczasem - wczoraj w klubie fitness wlazłam na tamtejszą wagę. 2 tygodnie ze zwiększoną dawką ruchu przy dokładnie tym samym obżarstwie -> 1 kg mniej :D

Wniosek: najważniejsze to się ruszyć z kanapy!

sobota, 21 sierpnia 2010

Rachunek sumienia dzięki Iw :)

Czytanie blogów jest fajne. Bo przy okazji czytania czyjegoś bloga można trafić na liście odwiedzanych przez tego kogoś blogów na innego blogowicza, który ciekawie pisze. Można też zajrzeć na bloga kogoś z komentujących. No i tak wczoraj od Stardust zaszłam do Iw. A u niej z kolei w otchłani archiwum trafiłam na notkę: Wyznanie grzechów w oparciu o feng shui :), która zainspirowała mnie do zrobienia rachunku sumienia pod tym kątem :). No to jedziemy wg listy ze strony: 10 grzechów według Feng-shui czyli co robić, aby nie być szczęśliwym, zdrowym i bogatym

1. Nie sprzątać
Hmm...a jak to się ma do powiedzenia: "dom nie muzeum, służy do mieszkania a nie do sprzątania" ? :D. Ok ok żartuję sobie. Bo w feng shui chodzi o zatory energetyczne. A więc...nie lubię sprzątać i niestety w tym miejscu grzeszę strasznie. Ale że jestem sama to na szczęście bajzel nie jest wielki ;). Więc można to naciągnąć do określenia mikro-zatorami ;).

2. Trzymać przyrządy do ćwiczeń w sypialni
Uuuuu...bieżnia stoi. I w sumie się tylko kurzy. Od jakiegoś czasu się zastanawiam czy nie podarować jej komuś kto z niej będzie korzystał.

3. Niczego nie wyrzucać
Przynajmniej tu mam czyste sumienie...raz na jakiś czas wywalam niepotrzebne rzeczy. Bądź co bądź - wywalenie starego to robienie miejsca na nowe! :)))
Gorzej z moją piwnicą...nie lubię tam po prostu bywać.

4. Mieć puste i blade ściany
Może i przeraźliwie puste to nie są, ale czegoś im jakby brakuje...

5. Trzymać otwartą klapę od toalety
O co to to nie... jeszcze by mi tam coś wpadło i "po ptokach". Swoją drogą słyszałam też o zamykaniu drzwi łazienkowych, zwłaszcza jeśli się ma łazienkę z toaletą naprzeciw drzwi wejściowych (u mnie tak jest-budownistwo PRLowskie). Bo to co dobrego wejdzie drzwiami, zaraz ucieka klozetem :D

6. Nie myć okien
Tu grzeszę za dziesięciu. Wstyd się przyznać, ale po prostu nienawidzę myć okien! Prawdopodobnie dlatego, że mam lęk wysokości a mieszkam na 3 piętrze. Mycie okna balkonowego nie budzi we mnie strachu że spadnę i jakoś jest częściej myte :)

7. Nie gotować
Równoważę grzech niemycia okien - gotuję sobie jedzonko, choć nie zawsze mam na to czas i venę. Ale generalnie gotuję.

8. Przechowywać zasuszone kwiaty
Tego nie robię odkąd usłyszałam (kurka no i wyjdzie na to, żem przesądna ;)), że jak się zasusza kwiaty od faceta/bukiet ślubny etc. to miłość uschnie. Poza tym nie lubię suszków, na których tylko kurz się zbiera :/

9. Trzymać stare rodzinne rupiecie
Nie trzymam. Nie lubię mieć za dużo rzeczy w domu, więc nie magazynuję ani rodzinnych, ani własnych rupieci :).

10. Nie zwracać uwagi na kapiące krany
O tym też słyszałam :). Póki co mi krany nie kapią :)

Do tego bym w sumie mogła dodać jeszcze parę zasłyszanych zasad feng shui jak np. Usuwanie zepsutych bądź "stojących" (w sensie nie działających) zegarów tudzież niezwłoczne wymienianie baterii/ich naprawa i nastawianie na właściwy czas, nie ustawianie kaktusów albo roślin o ostrych kształtach liści w miejscu związków i rodziny, nie tarasowanie wejścia do domu gratami bądź wielką szafą (tu grzeszę bo mam przy drzwiach w przedpokoju wielką szafę, którą moja dawna kumpela, wielka fanka feng shui wiecznie mi chciała przenosić wgłąb mieszkania) :D, w pracowni nie siedzieć tyłem do drzwi, a jeśli już się musi to ustawić lustro...można długo wymieniać w sumie.

Generalnie jak tak dokładnie przeanalizować założenia feng shui co do organizacji domu/miejsca pracy, można dojść do wniosku, że są to zasady generalnie poprawiające wygodę korzystania z pomieszczeń, poczucie bezpieczeństwa i panowania nad sytuacją, bądź zwrócenie uwagi na "wyciekające" z portfela pieniądze. Tam na Dalekim Wschodzie to strasznie mądrzy ludzie żyli. I żyją :).

środa, 18 sierpnia 2010

Czas na urlopie szybciej płynie

Ostatnimi czasy wcięło mnie na amen. Wszystko za sprawą futrzaka na tymczasie :). Właściwie oglądanie telewizji czy wychodzenie z domu stało się kompletnie nieciekawe. Obserwowanie kota jest ciekawsze niż cokolwiek innego :D.

I pomyśleć, że gdyby mi ktoś powiedział parę miesięcy temu, że będę się tak dogadywać z kotem, zabiłabym go śmiechem. A tu taka niespodzianka...

No a tak poza kocimi tematami to połowa urlopu za mną. Strasznie to leci... dobrze, że przynajmniej wzięłam 3 tygodnie. W sobotę poszłam sobie na salę do klubu fitness poćwiczyć samotnie. Miałam calutką salę dla siebie. Moja najlepsza kumpela pojechała w Europę i jest nieco poza zasięgiem - dopiero w takich momentach człowiek docenia, jakie to szczęście mieć kogoś, z kim można nawijać o bieżących sprawach, wyjść się powłóczyć po wsi.

Pogoda niezbyt dopisuje, miałam nadzieję na wygrzewanie się na balkonie a tu nici z tego. Jak już się wystarczająco napatrzę na kota ;) to może, korzystając z chłodu, znów zacznę chodzić z kijkami do lasu. No i w sumie to dobra pogoda na rower. Choć w sobotę chyba znów popędzę na salę. Lubię te poranne treningi. Mam tam wstęp w niestandardowy dzień o niestandardowej porze "po znajomości". Po prostu dają mi klucze, a ja po skończonym treningu zabezpieczam wszystko i oddaję klucz. Cena rozsądna, więc to świetna opcja :)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Zapraszam

Na potrzeby tymczasowania utworzyłam kociego bloga :). Tam wrzucam wszystkie informacje o Raszo na bieżąco.

http://natymczasie.blogspot.com

:)))))

niedziela, 15 sierpnia 2010

Panie i Panowie :)

Oto Jego Burość
RASZO

Przybył dzisiejszego popołudnia do mnie z Zabrzańskiego schroniska dla zwierząt i będzie mieszkał u mnie do momentu znalezienia domu stałego. Już od pierwszych chwil było widać, że urodzony z niego arystokrata - zachowuje się z niebywałą godnością. No i od początku między nami zaiskrzyło.

Raszo jest czwartym kotem, którego wypatrzyłam do tymczasowania. Trzy pierwsze - tuż po tym jak je upatrzyłam i oferowałam im tymczas u siebie - natychmiast znajdowały domy stałe. Pierwszym był Rudy ze schroniska w Sosnowcu, następny Kola z Zabrzańskiego schroniska, wreszcie Ralf - również ze schroniska w Zabrzu. Tak więc wreszcie padło na kilkuletniego, burego kocura o pięknym imieniu Raszo.

To tyle na razie :). Więcej napiszę później.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Urlopuję się :)

Jeżdżę sobie na rowerku, łażę po lesie z kijaszkami, włóczę się ze znajomymi na spacerkach szlakiem knajp. A nawet zaczynam tańcować. Słowem - staram się RUSZAĆ. Do oporu. Wreszcie mam na to czas i chęci!



piątek, 6 sierpnia 2010

Wreszcie

 mogę wysłać się na odwyk od kompa, czyli urlop. Dostałam pozwolenie na wzięcie 3 tygodni, pod warunkiem, że jakby się waliło i paliło to jestem dostępna pod komórką i w razie czego pomogę. Umówmy się - właściwie to każdy idzie na urlop pod takim warunkiem ;).
Tak że ogarniam dziś wszystko co mam do dokończenia a potem...hulaj dusza, piekła nie ma :).

Odwyk właściwy zaczynam gdzieś od poniedziałku. Ciekawe jak długo wytrzymam bez kompa hihi...

środa, 4 sierpnia 2010

Jestem odważna

...więc włączę sobie TVN na prognozę pogody :).
Może nie będzie "szpecjalnej" prognozy dla placu pod pałacem prezydenckim (?)
Na TVNie wszystko możliwe ;)

niedziela, 1 sierpnia 2010

Coraz poważniej się zastanawiam...

...czy nie wziąć jakiego kociska na tymczas.
Ostatnio niewiele brakowało i miałabym u siebie na tymczasie pewnego gentelmena-rudasa aż z Sosnowca, ale gentelmen był na tyle urodziwy, że niemal od razu znalazł dom stały :).

Z tego co widzę, to dużo bliżej, bo w sąsiednim mieście, działa fundacja zajmująca się zwierzakami i każda pomoc potrzebna, w okresie wakacyjnym zwłaszcza. Trafiłam na ten namiar z kociego forum, które podczytuję ostatnio.


Hmm...