sobota, 26 czerwca 2010

Tydzień na wariackich papierach

Ech...cóż to był za tydzień...

Sama się zastanawiam jakim cudem ogarnęłam tyle rzeczy. Prócz więcej niż dobrego wypełnienia obowiązków służbowych, zdołałam posprzątać laptopa i się z niego skutecznie przeprowadzić na mniejszy kaliber, czyli netbook. No i jeszcze w międzyczasie zorganizowałam kilku dziewczynom z forum belly-dance.pl porządne zajęcia z orientu, czyli porządna sala plus moja instruktorka na dzisiejszy poranek, gdy de facto klub fitness jest zamkły :).

Teraz co prawda po tym wszystkim padam na nos, ale warto było. Oddałam dziewczyny w dobre ręce - to najważniejsze. Niezbyt ZORIENTowane osoby mogą różnie trafić. Mamie dostało się ode mnie super laptop - właściwie nówkę - do nauki i można go świetnie dostosować dla osób mających problemy ze wzrokiem... no i wyświetlacz ma duży do tego. A ja mam maleńką "zabawkę" do zabawy w po pracy. I tak używałam laptopa po robocie tylko do internetu.

Z innej beczki.
Nie sądziłam, że ten mój nowy nabytek - lustrzanka - takie zarąbiste filmy może kręcić. Ostry obraz, film jest jasny mimo nagrania w pomieszczeniu, oświetlenie wygląda jak światło dzienne mimo że światło pochodziło od żarówek (chyba korekcja działa też przy filmowaniu)  ładne kolory, możliwość zoomowania i ustawiania fokusu podczas nagrywania - no WOW! jestem w szoku. Dziś na sali byłam tylko jako statysta bo tańcować na razie nie mogę, więc robiłam to, co mogłam - fociłam sobie :D. Każdy pretekst jest dobry by poćwiczyć fotografowanie i pobawić się manualem :).

Teraz sobie przeglądam foty i filmidło z występem instruktorki, która dała się dziewczynom uprosić i zatańczyła nam na sam koniec. Kurcze...naprawdę jest niesamowita :).

Na jutro planuję dzień piżmaka. Należy mi się :).

niedziela, 20 czerwca 2010

Krzyżyk

Odebrałyśmy z moją mam karty do głosowania i zasiadłyśmy w boksach.
- Tylko proszę nie ściągać! - żartuję
- Eeee tam ja i tak nie widzę na boki - śmieje się
- No wiesz. Możesz dopisać na karcie na przykład że Kaczyński jest głupi - podpuszczam
- A lepiej nie bo jeszcze głos nie będzie ważny...
Po wyjściu z lokalu wyborczego:
- W sumie to szkoda, że nie dopisałam nic na karcie - zamyśliłam się - Co tam! W drugiej turze dopiszę

A po spełnionym obywatelskim obowiązku - spacerek mimo niezbyt dobrej pogody
I jeszcze kawusia i ciacho na pełnym kwiatów balkoniku, zabawa w fotografowanie, do tego ktoś chodził pod balkonami przygrywając na akordeonie...Francja za friko normalnie :).
Zdjęcia z balkonu z moją facjatą są w aparacie mamy. Zostaną uwolnione po naładowaniu akumulatorów :D.

środa, 16 czerwca 2010

Ateistą być...

Kto to taki? No właśnie. Dziś przypadkiem trafiłam na pewne forum o wiele wyjaśniającym adresie ateista.pl

W sumie mogłabym się sklasyfikować jako ateistka, więc zatrzymałam się tam na dłużej, by zobaczyć o czym dyskutują. W sumie to byłam zdziwiona, że jest tu o czym dyskutować. Zawsze uważałam, że to proste jak konstrukcja cepa, czyli: nie wierzę w boga = jestem ateistą.

I prawdę mówiąc - totalna załamka. W jakim byłam straszliwym błędzie! Jakaż ja nieuświadomiona! ;P Wychodzi na to, że nie mogę siebie nazywać ateistką, bo nie spełniam jakichś-tam dziwacznych wytycznych, które ktoś-tam sobie wydumał (nie wiem jakich bo mi się do tego dokopywać nie chciało). Ale z grubsza wygląda to tak, jakby ktoś stworzył osobną (anty)religię pod tytułem "ateizm".

W sumie potwierdza się pewna obiegowa opinia (którą de facto usłyszałam od jehowców), że ateista to taki ludź, który więcej myśli o wierze niż przeciętny wierzący i wciąż próbuje udowodnić, jak bardzo nie wierzy. To chore!

A ja dotychczas w swojej naiwności sądziłam, że jako osobę niereligijną, skłaniającą się ku ateizmowi powinno mnie tylko interesować to, w jaki alternatywny sposób się organizuje różne wydarzenia życiowe, uroczystości, na których kluczową rolę zawsze odgrywał ksiądz :). Czyli że zamiast ślubu w kościele - ślub w USC. Zamiast chrzcin - sama rejestracja imienia dziecka w USC. Zamiast księdza na pogrzebie - Mistrz Ceremonii bądź opcja świeckiego pogrzebu z oferty firmy pogrzebowej.

To zabawne, ale kiedyś podczas luźnej rozmowy o wielkich imprezach, w tym chrzcinach, z pewną wierzącą osobą, gdy oświadczyłam, że "ja bym nie chrzciła", osoba ta ze świętym oburzeniem zapytała: "no to jak dziecku imię nadasz?". Ukryłam ubawienie i spokojnie odpowiedziałam, że przecież i tak ważne prawnie jest zgłoszenie w USC, które i tak się załatwia niezależnie od chrztu - no ale to mi uświadomiło, że ludzie nie mają wypracowanych zachowań alternatywnych.

A wracając do ateizmu...nie wiem... jakoś nie czuję potrzeby obnoszenia się z moim stanowiskiem w sprawach (nie)wiary, a tym bardziej sprawdzania, czy rzeczywiście pasuję do ideologii ateizmu i dopasowywania się do jej założeń. Moim zdaniem określenia założenia ideologiczne i ateizm się wykluczają...no ale ja najwyraźniej niedouczona jakaś jestem ;)

Dla ciekawskich - link

wtorek, 15 czerwca 2010

TiVi

W telewizorni sezon ogórkowy. Od czerwca do października, czyli przez ok. 4 miesiące serwują nam na wszystkich kanałach same powtórki. I tak rok w rok. W tym od połowy kwietnia wypełniają czas antenowy reklamując nową ramówkę na październik :D. Może powinniśmy na ten czas po prostu odłączać kablówkę? Albo najzwyczajniej przestawać płacić? Dobrze, że jeszcze nie wpadli na serwowanie nam powtórek serwisów informacyjnych zamiast produkować je na bieżąco...

No ok...  w tym roku jest mundial, to przynajmniej jest czym zapchać dziury w ramówce. Inaczej zapchaliby ...powtórkami 2x dziennie - to samo rano i wieczorem. Baaardzo sprytnie.

Szkoda, że do telewizji na kartę potrzebna jest zamontowana antena. Nie mam ochoty na obwieszanie sobie czymś takim balkonu, choć opcja doładowań bez zobowiązań, podobnie jak telefon pre-paid, jest dość kusząca.

sobota, 12 czerwca 2010

Sobotnio

Cwane to sundaville

Pnącze poprowadzone wysoko aż do donic na barierce wzięło i się okręciło o plektrantusa, robiąc sobie z niego podpórkę. Kiedy to zrobiło? Nie mam pojęcia. W dodatku ma na czubku pączki, więc tam zakwitnie. Będzie dodatkowy kwiatek "w doniczce" :D.

A z serii sporty ekstremalne czyli podlewanie z przeszkodami - zerknięcie w dół do sąsiadów poniżej donic z kwiatami...
...podlewać? nie podlewać?...
;)
Miłego dnia :)

piątek, 11 czerwca 2010

Szkodniki paskudniki

No szlag by to! Jakieś paskudy zeżarły mi kwiatka! I to w dodatku urodzinowego słonecznika!
Niedawno wypuścił mnóstwo pąków, które niestety długo się nie otwierały. Za długo! No i teraz już wiem dlaczego. Po prostu coś go bezczelnie i niepostrzeżenie żarło aż zeżarło.

Nie ma rady - zaatakowaną roślinę najlepiej po prostu usunąć. Jeśli jest taka możliwość to nawet wraz z ziemią. No więc dziś usunęłam. Ziemi nie miałam jak, no ale samą roślinę - problemów z oddzieleniem od reszty kwiatów w donicy nie było, bo i korzenie były jakieś takie...nierozwinięte. Z wielkim żalem wywaliłam słonecznika, obadałam ziemię wokół, ale nic nie znalazłszy, wpakowałam w to miejsce coś równie żółtego - czyli jeden z uczepów z parapetu. Dobrze, że miałam w koszyku na parapecie 4 rośliny posadzone w oddzielnych małych doniczkach, bo w razie czego mam czym dziury zapychać :).

Wzięłam się za sposób by kwiaty podlewać z samego rana. Wówczas nawet jak mi się coś przeleje, to czepliwych sąsiadów piętro niżej nie ma bo są w pracy. No i wówczas nie wywieszają swoich majciochów i innych części garderoby za barierkę celem wysuszenia, co jest jednakowoż wątpliwą ozdobą. No ale niektórzy ludzie tak mają, że nie przejmują się co wystawiają na widok publiczny. Inna rzecz, że od rana do wieczora oblane liście i kwiaty mają szansę wyschnąć, a wówczas mniejsze prawdopodobieństwo że coś zgnije albo zachoruje przez grzyby.

Przy okazji trzeba było kwiatkom sypnąć nawozu (wyczaiłam fajne granulki które się sypie na ziemię a potem po prostu podlewa czystą wodą), a parapetowe właśnie jeden po drugim zażywają codziennej porannej kąpieli :). Doniczki są za małe by je skutecznie zalać, więc lepiej wstawić do wiaderka z wodą by same naciągnęły od spodu ile potrzebują. Przy takich upałach, ziemia powinna być dobrze nasiąknięta wodą, więc dobrze im to robi. W tej chwili balkon wygląda jak po tajfunie, ale w przerwie w pracy to ogarnę.

Fajnie sobie tak obserwować coś żywego co rośnie i rozwija się. Szkoda, że z rana w taki upalny dzień nie mogę wyemigrować wraz z zawartością biurka na balkon, bo o tej porze jest tam cudowny chłodzik. Tak więc w pracowni od strony wschodniej zaciągnięta roleta plus wentylator i jakoś trzeba przeżyć do końca pracy.

Miłego dnia! :)

sobota, 5 czerwca 2010

Piękny dzień

Korzystając z pięknej pogody, wybrałam się na wycieczkę rowerową do miasta. Jadąc "kanałami" zahaczyłam o Park Chopina. Przy palmiarni siedział sobie Chopin i grał na fortepianie.
Dzieciaki jeździły na lwach
Przemierzyłam piechtolotem ulicę Zwycięstwa, doszłam do wniosku, że jakoś tu nie pasuję, czuję się dziko i jak ostatni wsiun ;). Miłą odmianą były miłe widoki - wszechobecne łażące ciacha ;P. U mnie "na wsi" (tak nazywam swoją dzielnicę bo tu rzeczywiście jak na wsi choć miasto) to głównie widuję grupki pijaczków pod sklepem lub tam, gdzie się akurat znajdą, włócząc się bez celu, tudzież szukając nawzajem.

Na rynku w Gliwicach po rozkopach nie było śladu. Posiedziałam, popatrzyłam na sesję zdjęciową jakiejś pary młodej, która wyszła z Ratusza, pooddzwaniałam ścigającym mnie ludziom, w międzyczasie jakiś młody, jasnowłosy gentelmen wzrostu nikłego, któremu gdzieś zgubiła się mama bawił się pedałem mojego roweru. Na moje: "faaaajnie nie?" rozochocił się i próbował mi rozbroić oświetlenie i zaczął grać na linkach biegnących wzdłuż ramy jak na gitarze. Na szczęście mama się znalazła nim dobrał się do wodzików.

Po wykorzystanym aktywnie przedpołudniu mogłam z czystym sumieniem posadzić tyłek na balkonie. Oddzieliłam mój mały kawałek balkonowego raju od wścibskich spojrzeń pani z sąsiedniego bloku ogroooomnym parasolem. Wreszcie nie czułam na sobie wlepionego wzroku.

Balkonik teraz jest cały ukwiecony, choć rośliny dopiero zaczynają przybierać na objętości. Pięknie się też komponują z kwiecistym parasolem :).
Wczoraj dosadzone kwiaty - werbeny i uczepy - to już rzeczywiście ostatnie (!) no i lampionik
W sumie to nawet się cieszę, że nie mam firan w oknach. Dla takich widoków warto nawet odsłonić żaluzje gdy słońce pali w okno.

Fajnie sobie w takim kąciku poczytać książki, posłuchać muzyki gdy odgłosy natury zagłuszają wydzierające się dzieciaki albo samochody.
Dzisiaj strasznie mnie nosiło, więc poszłam na dodatkowy spacer. Przy okazji sprawdziłam jak mój ogródek wygląda z zewnątrz
Z zewnątrz nie jest to aż tak widoczne niż na miejscu, no ale to aż trzecie piętro. Strasznie mnie wkurza jak ludziska zastawiają balkony badziewiem albo obwieszają praniem. A już zwłaszcza jak wywieszają np. swoje majciochy za barierkę. Koszmar!

Tak na marginesie dodam, że mam jakiegoś bardzo pracowitego pajączka na balkonie. Potrafił w ciągu godziny od wywieszenia donicy pociągnąć nitki między donicą a barierką. A na drabince dla pnączy to już zaszalał jak widzę:

czwartek, 3 czerwca 2010

Tradycji stało się zadość

Odkąd miałam psy, moją osobistą tradycją z okazji bożego ciała był porządny spacer, na którym zazwyczaj słyszałam odgłosy procesji. Jako że ja bezbożnik pierwszej kategorii, to się raczej nie pchałam w okolice przelotu procesji, chadzałam swoimi ścieżkami, czyli w kierunku przeciwnym, głównie dlatego, żeby futrzak nie pomyślał, że ci wszyscy ludzie idą dokładnie po to, by się z nim bawić do upadłego. Dla niego wszystko było jasne, proste i oczywiste i miało tylko jeden cel - zabawa z nim.

Nie dziwota, że dziś od rana mnie nosiło, ale do wyprowadzania mam teraz tylko dwa przedmioty martwe: rower i kije. A więc aparat w plecak, kijaszki w dłonie - i ostatnich opadów rzęsistych niepomna, poszłam do suchszego kawałka lasu. Jakież było moje zdziwienie, gdy na dzieńdoberek miałam przeprawę przez "rzeczkę", która utworzyła się w suchym zawsze - przynajmniej odkąd pamiętam - zagłębieniu. Dalej było jednak już całkiem miło i przyzwoicie. Pędzę sobie zatem ochoczo przez las, nieśmiałe słonko prześwieca przez korony drzew. Miło bardzo. Do czasu. Nagle wydarł się w plecaku telefon, dźwięk dzwonka wskazywał, że to moja Rodzicielka. Gdyby to był ktokolwiek inny, zignorowałabym, ale w tym przypadku nigdy nie wiem, czy mi aby nie dzwoni odbiwszy się właśnie od mojego domofonu. Wygrzebałam drącą się komórkę.

- No cześć mamuś!
- Gdzie jesteś? - odzywa się mama słysząc moją zadyszkę
- W środku lasu - zeznałam radośnie - wybrałam się na nordic walking
- Sama???
- Nie - mówię spokojnie - z najlepszym przyjacielem gazem
- Sama mi łazisz po lesie? Ty mnie nie strasz! - woła przerażona, po czym natychmiast zaczęła mi opowiadać co się u niej od rana wydarzyło. W tym krótkim czasie zaczęło się wokół mnie zbierać niebezpiecznie dużo krwiopijczych latających istot, wyraźnie zainteresowanych posileniem się moją krwią. Wydawały się zupełnie niezrażone faktem, że od wczoraj połykam antykomarową witaminę B.
- Mamo, ja cię przepraszam, ale jak tu jeszcze chwilę postoję, to mnie komary zeżrą - jęknęłam, przerywając jej opowieść - muszę wiać.
- Acha...yyyy... - straciła wątek na chwilę, po czym najwyraźniej postanowiła dokończyć zaczętą opowieść.
W tym momencie poczułam że mnie użarł jakiś paskuda w łuk brwiowy, starałam się jednak jeszcze wysłuchać do końca. Po chwili jednak jakaś cholera mnie boleśnie walnęła w rękę, w której trzymałam telefon.
- Ałłłłaaaa!- zawołałam - wybacz mamo, właśnie mnie jakaś cholera użarła - usprawiedliwiłam swoje wydarcie się w słuchawkę.
- Wiesz co? może rzeczywiście leć - usłyszałam w słuchawce, co przyjęłam z dużą ulgą.

Schowałam telefon do plecaka i pognałam dalej. Dalej było całkiem miło, zwłaszcza, że zostawiłam za sobą rój komarów. Ścieżynka była na tyle sucha i przyjemna, że nawet nie zauważyłam jak się znalazłam pod sąsiednim osiedlem. No więc postanowiłam brnąć dalej i zrobić duże kółko, które dawniej robiłam z psiskiem deszcz nie deszcz, zima nie zima. I tu zdziwko. A dokładniej wpadłam w zdziwienie, gdy znalazłam się przy parkingu przy Kąpielisku Leśnym, które zwykle w taką pogodę było puściuteńkie. A tu szok - aut nawalone tak ciasno, że nie było jak przejść. Masa autokarów, busów i busików, przy niektórych stali sobie kierowcy, palili pety i gawędzili. Pewnie byli tak samo zdziwieni widokiem samotnej miniaturki człowieka z kijami, jak ja zawaleniem tego parkingu. No tak - przecie teraz mamy tu nowiutki, kryty basen no i jest święto, więc przybyły tu najwyraźniej całe wycieczki. Przecisnęłam się w końcu jakoś, lawirując między autami i znalazłam się z powrotem w lesie.

Ta część lasu przywitała mnie zarośniętą ścieżką, przez którą trzeba by było iść uzbrojonym w maczetę. Ale to był dopiero początek atrakcji. Im dalej w las, tym paskudniejsze błocisko. W każdym obniżeniu terenu porobiły się szerokie rzeczki. Co gorsza, całe dróżki leśne stały się rwącymi potokami, otoczonymi grzęzawiskiem z błota. Bez kijów chyba bym się tam zabiła albo zaliczyła kąpiel błotną. Na szczęście kijki można wbić ostrzami w błoto i użyć jako podparcie. Można też kijaszkiem sprawdzić głębokość bajora na drodze. Było masakrystycznie. Nie dziwię się, że w lesie takie pustki. Przeszło mi przez myśl, że gdybym w takich warunkach spacerowała z moim goldeniastym szambonurkiem, pewnie już bym leżała jak długa w błocie, a on by zachwycony hasał wokół mnie ze świeżą błotną maseczką na sierści, uważając to za wspaniałą zabawę. W sumie cieszyłam się, że wybrałam dziś kije zamiast roweru. Łatwiej wysuszyć buty niż wyczyścić z błota cały rower.

Nie odważyłam się zatrzymać by zrobić jakieś zdjęcia. Wiałam przed stadem wygłodniałych, żądnych krwi komarów. Tak więc fotek dziś nie załączę do notki :).

A z innej beczki - wczoraj odkryłam dwie rzeczy: RunKeeper dla iPhone'ów i jego odpowiednik dla mojej Nokii - SportsTracker. To taki asystent treningów współpracujący z GPSem, który zapisuje przebytą trasę i nanosi ją na mapę, zapisuje takie parametry jak: rodzaj treningu (np. chodzenie, bieganie, rower, nordic walking i inne), dystans, prędkość średnią, maksymalną, minimalną, wysokość terenu (podejścia/zejścia), tworzy wykresy itd. Jako ciekawostkę dodam, że zapisuje nawet listę utworów słuchanych z komórki w czasie treningu, jest też opcja przesyłania zdjęć i filmików zarejestrowanych komórką podczas trasy. Interesujący gadżet w sumie, z ciekawości sobie go właśnie testuję. Na moje krzywe oko, może mieć pewien dodatni wpływ na motywację dla uprawiania różnych form aktywności. Raport wygląda mniej więcej tak: http://sportstracker.nokia.com/nts/workoutdetail/index.do?id=2592817

Po takim poranku nie żal reszty dnia spędzić z nosem w książce.
Miłego dnia :).