piątek, 30 kwietnia 2010

Przypuszczam

...że nie ma sensu czyścić roweru na długi weekend majowy.

Zaryzykuję piątek jako dzień wolny za sobotę - jeśli będzie lało, to może chociaż złowię już jakieś kwiatki balkonowe i zajmę się sadzeniem :).

A tak w ogóle to wspominałam o sąsiadce z bloku ustawionego prostopadle do mojego? Jej balkon to pierwsze co widzę wychodząc na swój balkon. Zresztą kobieta skutecznie zwraca na siebie uwagę, bo całymi dniami albo siedzi w oknie, albo na balkonie i gapi się na wszystko co się akurat ruszy na balkonach naszego bloku. Strasznie to krępujące. Pewien mój znajomy miał sposób na takie osoby - kłaniał się nisko albo machał do takiej gapiącej się, obcej osoby i głośno mówił dzieeeeń dooobryyyy!. Zwykle skutek był natychmiastowy. No ale ja raczej niezbyt śmiała jestem żeby robić takie akcje. Zostawmy to.

Iks lat temu podziwiałam tę panią, że ma niesamowitą rękę do pelargonii. Te bluszczolistne pustokwiatowce były u niej niesamowicie dłuuuugie i obficie kwitnące. Szczęściara ma południowy balkon, równiutko oświetlony przez cały dzień. Po paru latach jednak zauważyłam, że pani sobie jakoś wybitnie upodobała nie tylko czerwone pelargonie zwisające, ale też układ skrzyń/donic na balkonie. Trzy donice podwieszone pod sufitem, trzy metrowe skrzynie za barierką plus na podłodze dwa gazony, po jednym w każdym rogu. Wszystko obsadzone Jedynie Słuszną Rośliną w Jedynym Słusznym Kolorze. Najwyraźniej pani wybitnie nie lubi zmian, albo brak jej veny bądź chęci do eksperymentów. Po kolejnych paru latach szczerze już nie mogłam na to patrzeć.

Dwa dni temu patrzę, o zakręt*! - pod łysym dotąd sufitem wiszą trzy pelargonie typu i koloru oczywistego. Źle rokuje, ale jeszcze jest jakaś nadzieja... Miałam nadzieję na jakiś pół-radykalny płodozmian. Na drugi dzień jednak nadzieja umarła jako ostatnia. Po pracy wyszłam na balkon się wietrznąć - a tu znajome trzy metrowe skrzynie za barierką, i obowiązkowe gazony rozstawione po rogach. Muszę pisać co w nich było?

Łomatko-i-córko! Jak można prawie 10 lat patrzeć na to samo?! Może jestem jakaś dziwna, ale nie zrozumiem no...

P.S. Chyba już wiem gdzie umieszczę parasol na balkonie ;)
* obiecałam jawnie nie gorszyć przeklinaniem :D

Buuuuu.....

Dlaczego takie drogie?

źródło obrazka: http://www.allegro.pl/item1013500140_serwis_obiadowy_kawowy_colchic_luminarc_od_ss_fv.html

czwartek, 29 kwietnia 2010

Jak dobrze mieć sąsiada

Wchodzę sobie dwa dni temu do łazienki i nagle widzę na ścianie mokrą plamę. Nie taką po zabitym komarze, tylko wielką, mokrą plamę w formie wielkiego zacieku. Po chwili zorientowałam się, że prawdopodobnym winowajcą jest cieknąca rura z odpływu sąsiadów z góry, która biegnie pod moim sufitem. Było już przed 14.00, więc czym prędzej zadzwoniłam do spółdzielni. Ale tam telefon już głuchy niestety. Więc wyjęłam żelazny kajet z bezpośrednimi namiarami do niektórych pracowników spółdzielni, odpowiedzialnych za awarie. Wreszcie się dodzwoniłam do miłej pani, u której mogłam zgłosić awarię. Co prawda stwierdziła, że "dziś już tu nikogo nie ma, ale przyjmuje zgłoszenie". Miło. Jeszcze milej, że po chwili oddzwoniła, że jednak jeszcze tego dnia ktoś do mnie przyjdzie obejrzeć co się dzieje.

Przyszedł pan, pooglądał, stwierdził, że mogą to załatwić dopiero na drugi dzień, więc się umówiliśmy na środę między 10 a 11. W środę przyszło już dwóch panów. O 9.30 :). Szczęściem akurat wpadłam do domu ze sklepu, gdy wydarł się domofon i męski głos mnie poinformował "my do pani". Acha - wcześniej - no nic. Jeden pan był niezbyt młody, drugi jeszcze starszy. Jeszcze Starszy Pan poprosił o stołeczek, wstawił go do brodzika i wspiął się do góry celem obmacania rury i zlokalizowania przecieku. Niezbyt Młody Pan za to mu stołeczek przytrzymywał. Mokra plama była znów większa niż poprzedniego dnia.
- a pani wie, co tam u góry sąsiad ma? - pyta Niezbyt Młody Pan - kabinę? wannę?
- pojęcia nie mam - zeznaję zgodnie z prawdą - powiem szczerze, że nie żyję dobrze z tymi z góry.
Tu obaj panowie spojrzeli na mnie z zaciekawieniem, więc dodałam:
- bo to straszni pijacy tam mieszkają
- a jak nazwisko? - dopytał Niezbyt Młody Pan
- Iksińscy - odpowiedziałam
- aaaaaaaachaaaaaaa! - mówi Niezbyt Młody Pan - to rzeczywiście, wiemy o czym pani mówi - tu panowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia
- ja to się tylko boję, że mnie tu kiedyś jakim gazem wywalą w powietrze jak się zapiją i przysną - rzucam od niechcenia wzdychając

Po obadaniu sytuacji u mnie przyszła pora na obadanie sytuacji u Moich Ulubionych Sąsiadów. Na szczęście nie byłam zmuszona tam chodzić, panowie to załatwili za mnie. Po pewnym czasie panowie, tak jak zapowiedzieli, wrócili do mnie powiedzieć co i jak. Okazało się, że u sąsiadów prysznic był wywalony poza brodzik i lała się z niego cały czas woda. To dlatego miałam też mokre plamy na suficie. Mimo to umówili się ze mną na kolejny dzień wcześnie rano, czyli na dziś by zrobić porządek z moją rurą bo z niej też cieknie. No cóż... starość ją dopadła, jest tu od momentu wybudowania bloku czyli koniec lat 70-tych ubiegłego stulecia. Nie powiem, byłam już zniecierpliwiona przedłużającą się sprawą głupiej rury i bałam się trochę, że za chwilę od wilgoci zaczną mi odpadać kafelki i to nie będzie już zabawne. Ale panowie mnie uspokoili, że jeśli kafelki były klejone na zieloną płytę gipsową, to nie odpadną - (ufff... co za ulga).

No więc dziś rano z wielkim bólem zdarłam się z wyra o strasznej dla mnie porze czyli 7 by się doprowadzić do stanu używalności. Panowie mieli przyjść o 7.30 i tym razem byli o czasie. Przybyli uzbrojeni w sprzęt, drabinę i nową rurę. Najpierw trzeba było spacyfikować sąsiadów z góry, więc poszedł tam Niezbyt Młody Pan - z zeznań Jeszcze Starszego Pana wynikało, że ten lepiej sobie radzi z tym pijakiem. Najwyraźniej wszyscy pracownicy spółdzielni już mieli z nimi do czynienia. Ta rodzinka jest tu na osiedlu bardzo sławna, tylko dlaczego akurat mnie los pokarał dzieleniem z nimi sufitu? Rodziciele alkoholicy, zrobili z domu melinę, ich pociechy sztuk dwie płci męskiej - ćpuny i złodzieje. Miałam szczęście widzieć z jaką łatwością wspinają się po balkonach - od tej pory zawsze zamykam drzwi balkonowe gdy opuszczam pokój dzienny. Miła rodzinka. No ale już się z tym pogodziłam - bądź co bądź, lepiej znać swojego wroga niż nie znać - a ich znam odkąd żyję.

Niezbyt Młody Pan wrócił z góry ze świeżymi wrażeniami:
- to trzeba mieć talent, żeby o tej godzinie już być tak napierdolonym - stwierdził kręcąc głową
- co ty tak brzydko mówisz? - udał zgorszenie Jeszcze Starszy Pan
- co tam, trzeba nazywać rzeczy po imieniu - uspokoiłam Jeszcze Starszego Pana, dając mu do zrozumienia, że mnie mocne słowa pod adresem zachlanego 24/7 sąsiada nie gorszą.

Muszę przyznać, że miałam nawet odrobinę radochy gdy 5 minut przed ósmą Jeszcze Starszy Pan zaczął piłować rurę i hałasować ile wlezie. Taki maleńki, tyci tyci odwet za te wszystkie remonty innych sąsiadów. I jeszcze ten dziwny sąsiad z pierwszego piętra w moim pionie, który najwyraźniej ma jakieś osobliwe, hałaśliwe hobby, bo nie wierzę, że od kilku lat remontuje mieszkanie w niedziele i święta. Na szczęście obyło się bez kucia w suficie. Panowie uwinęli się z robotą bardzo sprawnie, w godzinkę było po wszystkim. Jeszcze Starszy Pan był generalnie od głównej roboty, Niezbyt Młody Pan natomiast od biegania.


Teraz grunt to osuszyć ścianę no i niestety przyjdzie mi się wziąć za pędzel i farbę bo wygląda to szpetnie. Kafelki się jeszcze trzymają. Miejmy nadzieję, że wymiana rury u mnie i pouczenie sąsiadów wystarczy. A jak coś - to molestować spółdzielnię, a ta będzie molestować ich :).

wtorek, 27 kwietnia 2010

Polem, lasem...

Niektórzy psiarze są niesamowici. Poszłyśmy sobie z kumpelą łokingować do lasu. Wtem patrzymy, biegnie sobie luzem spory pies, mix czegoś bojowego. Oczywiście o kagańcu można sobie pomarzyć. Kilkanaście metrów za nim dwie panie - kompletnie zagadane. Przystanęłyśmy i czekamy, aż któraś z pań zareaguje we właściwy sposób, czyli wzięciem psa na smycz. A panie nic. Na szczęście pies odbiegł od nas, a panie z bocznej dróżki wyszły przed nas gadając sobie dalej. Cholera - mówię do kumpeli - zapomniałam gazu. Nagle psu się coś przypomniało i wrócił w naszym kierunku, patrząc na nas bystrym wzrokiem, nie zwiastującym nic dobrego. Panie się w końcu odwróciły, a ja zniecierpliwiona mówię:
- może by tak wziąć pieska? - pani łapie za obrożę - na smycz? - dodaję z naciskiem ewidentnie widząc, co ma zamiar zrobić
- no proszę, niech panie idą - mówi kobieta stojąc z boku ścieżki i trzymając obrożę i daje znak, że puszcza nas przodem
- i co? jak przejdziemy to go pani za nami sobie puści? - mówię wkuńbiona znając takie sztuczki
- tak! - odpowiada bezczelnie babsztyl nie bacząc na to, że idziemy z kijami, na które psy często dziwnie reagują - przecież on nic nie zrobi! - łudzi się pani
- wie pani, jak się człowiek raz się otrze o śmierć z powodu tak zwanego "pieska co nic nie zrobi" to się już potem boi - rzuciła kumpela za siebie
- co za durni właściciele... - dorzuciłam na głos - w takich sytuacjach się nie dyskutuje tylko psa na smycz i morda w kubeł - wymamrotałam niezupełnie do siebie

Cholera...jak mnie drażnią tacy właściciele co na grzeczne "proszę wziąć pieska na smycz" odpowiadają "on nie gryzie!" i nie spełniają prośby. Sama jestem psiarzem i szanowałam to, że ludzie mogą się bać mojego psa - chociażby ze względu na gabaryty. Jeśli ktoś już psa spuszcza, to oczy dookoła głowy i na widok kogokolwiek na horyzoncie bez dyskusji psa na smycz. Las jest nie tylko dla psiarzy. Tam ludzie chodzą, często z wózkami, z dziećmi, inni biegają, jeżdżą na rowerach. Jak widzę takie coś to najchętniej sama bym ugryzła takiego właściciela w...






















...kostkę. Ale nie mogę bo nie jestem szczepiona :).

A z innej beczki - duże koło w moim lesie w 45 minut to strasznie szybko. Zdecydowanie za szybko :D. Z kijami bezwiednie się przyspiesza, nawet starając się iść w miarę spacerowym krokiem.

A tak przy okazji to jestem w niezłym szoku. Po raz pierwszy w życiu zaszalałam i zainwestowałam w porządne, markowe adiki Nike...i po raz pierwszy w życiu mam od adików obtarte do krwi nogi :/ ehhhh....

Niech mnie ktoś przytuli...

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Jarek K.

Ładna mi "żałoba i ból" po stracie brata... heh...
Trzeba koniecznie iść na wybory by nie pojechał po wawelskim sarkofagu wprost do pałacu prezydenckiego.
Ten scenariusz był do przewidzenia od momentu katastrofy.
A taką miałam nadzieję, że mnie jednak zaskoczy...

niedziela, 25 kwietnia 2010

Wszędzie pełno Goldasa

Wreszcie weekend zbiegł się z ładną pogodą. Staram się z tego korzystać maksymalnie. Więc dziś znowu rowerek. Niby bardzo ciepło w słońcu, ale co zawiał zimny wiatr, doceniałam założoną na siebie bluzę, w której momentami było mi za ciepło. Generalnie pogoda raczej zwodnicza. Wietrzna pogoda wymusiła zwiedzanie raczej leśnych ścieżek w okolicy. Siłę wiatru mocno się odczuwało, gdy tylko trzeba było przejechać z jednego terenu leśnego do kolejnego, korzystając z ulic odsłoniętych od wiatru. W sumie od zawsze wolałam jazdę w terenie. Na szosie zawsze byłam cienka.

Każdy skrawek lasu przypomina mi Goldasa. Na widok bajorek, rzeczek i podmokłych miejsc, uśmiecham się do siebie. Przechodzący ludzie spoglądają wówczas podejrzliwie - jak się uśmiecha do siebie, to pewnie zwariowała. Przypominam sobie jak radośnie zaliczał każde błoto. Topografię wszystkich cieków wodnych w okolicznych lasach poznawałam na zasadzie prób i błędów. Goldeniasty puszczony luzem miał radar wykrywający każdą wodę, szlam lub błoto z kilometra i gdy tylko coś takiego wyniuchał - ruszał w długą i ładował się do każdego mokrego syfu. Kładł się w szlamie na jeden bok, przeciągał cielskiem w przód odpychając się łapami, następnie przewracał się przez grzbiet na drugi bok i przeciągał cielskiem w ten sam sposób jak w przypadku pierwszego boku :). Potem wstawał zadowolony z siebie i patrzył na mnie rezolutnie, jakby chciał powiedzieć: "ja swoje zrobiłem, a co ty z tym poczniesz to nie mój problem". Szambonurek do kwadratu.

Przejeżdżam uliczką osiedlową - tędy chadzałam z nim do weterynarza - myślę. Wjeżdżam do kolejnego lasu obok pewnego domu - widzę nowofunlandkę, z którą Goldas się bawił w Romea i Julię :D. Łaziła za nim wpatrzona w niego jak sroka w kość - i vice versa :). Gdy on zbyt namolnie zaczepiał ją do zabawy, wystarczyło, że pacnęła go ogromną łapą w ramach przywołania do porządku. Nawet próbowaliśmy z jej właścicielem wykorzystać tę "wielką psią miłość od pierwszego wejrzenia" i za pomocą Goldasa uczyć ją pływać. Jako przedstawicielka tej rasy była to sprawa honoru :D. Ale co wbiegała trochę głębiej do wody za nim - włączał jej się ABS i tyle było z nauki pływania. Goldas płynął, a ona stała jak cielę po brzuch w wodzie i tylko gapiła się na niego jak odpływa. Komedia normalnie!

W tym kawałku lasu było nasze ulubione miejsce zabaw. Łatwo było go tam zmęczyć bo była tam większa skarpa. Wystarczyło mu rzucać kij w dół, a on aportując go pod górę musiał się natrudzić więcej niż na płaskim. Mijam nasyp kolejowy, przenoszę rower na ramieniu przez wysoko wystające tory. Za torami widzę gościa z dwoma psami. Pan na mój widok łapie za obrożę dużego owczarkowatego, drugi mniejszy kudłacz biega luzem.
- drugi psiaczek spokojny? - pytam, pamiętając haszczaka z poprzedniego lasu, który próbował się na mnie rzucić (cholerni właściciele co nie skracają smyczy a potem się dziwią że bydlę ma tyle siły, że utrzymać go nie mogą)
- oba spokojne - odpowiada pan
- to dobrze, dziękuję - uśmiecham się przejeżdżając ostrożnie obok

Jadę dalej i zatapiam się w kolejne wspomnienia. W sumie mentalnie chyba już zawsze pozostanę psiarzem. Po tylu latach inaczej nie umiem. Nawet dom nadal bezwiednie dzielę na strefę psa i strefę ludzką :)

A tak poza tematem stwierdzam, że kondycję mam zerową. Jeżdżę na najniższych przełożeniach i męczę się nieziemsko. Dziś zaliczyłam jakieś 9 km i ciut w terenie - jak na początek nie najgorzej. Tym razem wtaszczyłam rower do domu zamiast zostawić w garażu - trzeba go trochę wyczyścić. I tak w ogóle...to kiedy ten rower się taki ciężki zrobił ???

:))))))

sobota, 24 kwietnia 2010

Sielsko i anielsko :)

Dziś nie wyjść z domu to byłby grzech :).
Odwiedziłam więc rowerek w garażu, na szczęście poza napompowaniem opon nic nie trzeba było przy nim robić - ku mojej uciesze chodzi jak żyleta.
Jeżdżąc po leśnych ścieżkach znalazłam miejsce skąpane w słońcu, w którym można było przysiąść na ściętych pniakach, posłuchać śpiewu ptaków,podelektować się zapachem tartaku - pełno tam bylo wiórów z pociętych drzew. Jazda na rowerze dla mnie jest o wiele większą przyjemnością niż spacer. Szybciej się przemieszczam, wyżej siedzę, więcej widzę, horyzont zaraz większy :))).
A teraz...ciąg dalszy sobotniego wypoczynku - wygrzewanie starych kości na balkonie, na który słoneczko zagląda dopiero popołudniu. Nawet leżaczek wreszcie rozpakowany z folii :). Ogólnie sielanka.
Pozdrawiam słonecznie z leżaczka!
(jak miło publikować na blogu z komóry...za kompem nie tęsknię nic a nic hihi...)

czwartek, 22 kwietnia 2010

Dotarły

...zamówione doniczki :). Bez retuszu prezentują się jak na niżej załączonym obrazku :).


Na żywca prezentują się bardzo okazale. Te okrągłe donice są tak duże, że z powodzeniem wejdą tam po 4 sadzonki! Mogę je zatem obsadzić tak, że zarówno po zewnętrznej jak i wewnętrznej stronie balkonu będą ozdobnie zwisać kwiaty. Więc będą cieszyć i moje, i sąsiadów oko. Mają bardzo fajne i proste jak budowa cepa mocowanie do barierki. Skrzynie też nie są tak klaustrofobiczne jak moje stare, wysłużone. Są bardzo obszerne. Załączona jest do nich instrukcja obsługi :).

Miłym zaskoczeniem jest mega-expresowa realizacja zamówienia po stronie sklepu! Dodatkową atrakcją jest fakt wysłania UPSem. Kurier, który jeździ w naszej okolicy to ciacho jak się patrzy hihi... ;P Aż miło popatrzeć :D. Chociaż nie zazdroszczę biedakowi. Jakoś tak wypada, że każdą ciężką/dużą/nieporęczną przesyłkę wozi mi właśnie UPS :D. Dzisiaj też się biedak męczył wchodząc z tym ustrojstwem na moje trzecie piętro. Nie żeby przeraźliwie ciężkie, ale diabelnie nieporęczne. A jeszcze na skrzyni nalepka, "uwaga szkło" :D. Niedługo trafię na honorową listę pt.: "tych klientów NIE obsługujemy" :P

wtorek, 20 kwietnia 2010

Zaszaleję :)

Kwiecień się kończy, co oznacza, że maj przyjdzie niebawem. A że maj idzie - to jasne, że niedługo znów pójdę sępić odjechane sadzonki do mojej ulubionej kwiaciarni. No bo balkon ładny być musi. Już nawet leżaczek z piwnicy przyniesiony, choć pogoda w ostatnich czasach jakoś nie sprzyjała wenie do odpakowania leżaczka z folii zabezpieczającej.

Korzystając z dzisiejszej ładnej pogody, dobrego nastroju i chwili wolnego czasu - zrobiłam przegląd skrzynek. No i zdałam sobie sprawę, że po tylu latach są one tak wysłużone, że wstyd je wystawiać na widok publiczny, a i mojego oka by nie cieszyły. Większość wręcz popękana, co je całkowicie wyklucza z użytku. Umocowana na balustradzie rynna, w którą wpuszczałam zawsze doniczki, a która jednocześnie zabezpieczała sąsiadów przed kapiącą ze skrzynek wodą, też już wyglądała strasznie. Została zrobiona z rury PCV, zamkniętej szczelnie na obu końcach, a na jej wierzchu wydrążono biegnące wzdłuż rury dwa pasy, w które to wpuszczało się skrzynie, tudzież doniczki. Jednakowoż rynna ta miała zasadniczą wadę: gromadziła się w niej woda, którą trzeba było wybierać. Zwłaszcza zimą było to uciążliwe bo lodu nijak wydobyć się nie da, a to jednak waży (dobrze, że mocowanie było bardzo solidne). Po kilku latach wiszenia na balustradzie - słońce całkowicie wypaliło kolor. Niedawno miałam okazję obserwować swój balkon z dalsza - i niestety rzuca się to w oczy i wygląda, mówiąc najoględniej - szpetnie.

Tak więc postanowiłam zajrzeć do sklepów internetowych i poszukać skrzyń z systemem nawadniającym, aby nie musieć drżeć ani o to, że rośliny mi wyschną, ani o zalewanie sąsiadów. I oto co ciekawego znalazłam:
Doniczka Corsica Large 3 in1
źródło obrazka: http://www.markus-sklep.celtur.com/p44,a-doniczka-corsica-large-3-in1.html

Sporo kosztują, ale ładne, solidne ...no i w sumie tego się nie kupuje na jeden sezon.

Przy okazji w tym samym sklepie wpadłam na ciekawe donice, będące ciekawą alternatywą dla skrzynek wieszanych na balustradzie za pomocą uchwytów. Nota bene tym uchwytom nigdy nie ufałam, bo skrzynia wypełniona ziemią swoje waży, a temperatura latem mam wrażenie (być może niesłuszne?) może osłabić tworzywo. A oto te donice:
Doniczka Corsica Flower Bridge
źródło obrazka: http://www.markus-sklep.celtur.com/p101,a-doniczka-corsica-flower-bridge.html

Bajer co nie? :)))
Też trochę kosztują, ale mieć coś takiego na balustradzie - warte każdej ceny.

Jak tylko to ujrzałam - natychmiast zapragnęłam pozbyć się szpetnej rynny z balkonu. Najpierw pomyślałam, że może poprosić któregoś z naszych facetów z Ekipy, by mi pomógł, bo rynna miała słuszną długość około 5 metrów jak nie 5 i pół. Bałam się, że jak mi ktoś z drugiej strony nie przytrzyma, to rura runie z góry na dół i jeszcze kogo zabije :D. No ale nic - poszłam na balkonik obadać situejszyn. Najpierw trzeba było wyczyścić osad z dna z resztą wody, by sąsiedzi nie mieli szorowania balkonów z oknami włącznie. A potem chwilę podumałam, pomajstrowałam - i o dziwo zorientowałam się, że rynna jest leciutka. Dam radę! - pomyślałam - tylko spokojnie...

Kilka zgrabnych ruchów - i rynna była już w pokoju. Przywlokłam skrzynię z narzędziami i heja - akcja odkręcanie metalowych obejm-wsporników. Śruby z rdzawym osadem od deszczu, konia z rzędem temu, co to ruszy, ale udało mi się nawet kluczy nie połamać. Pozostało tylko zutylizować wielką rurę. No co ja pocznę z czymś takim? Ale pomysłowy Dobromir, a właściwie Dobromirka, wpadła na genialny pomysł: od czegóż leży w szafie piła do metalu? Wyszarpałam ową piłę z czeluści szafy na narzędzia i jazda - po chwili rura była pocięta na 6 kawałków, które to mogłam bez problemu wsadzić do torby celem wyniesienia z domu. Akcja - po zamieceniu góry opiłków - zakończyła się sukcesem.

Samotna kobietka musi sobie jakoś radzić - prawda?
No... to w nagrodę należą mi się porządne zakupy w sklepie z donicami :)))

piątek, 16 kwietnia 2010

Tak się zastanawiam...

...dlaczego o chmurze pyłu wulkanicznego nad Europą musiałam wczoraj się dowiedzieć z CNN i BBC a nie z rodzimej telewizji.
Do teraz jakoś informacje są tak szczątkowe, że aż boli.
A że mam w rodzinie astmatyka to mnie to bardzo interesi.
Dobrze, że nie mogąc już znieść monotematyczności polskiej telewizji zaczęłam oglądać zagraniczne stacje informacyjne. Inaczej człek by nie wiedział co się na świecie dzieje.
Np. takiego trzęsienia ziemi w Chinach wg polskich mediów w ogóle nie było...

czwartek, 15 kwietnia 2010

O jeden krok za daleko

OK.
Też jestem Patriotką :)
Poproszę zatem o jakiś przytulny kącik w krypcie wawelskiej po śmierci.
Obiecuję nie zajmować dużo miejsca, bo będę w proszku.
Mogłabym się np. przytulić urną do jakiegoś Mickiewicza albo Słowackiego - tak dla ożywienia towarzystwa.
Mogęęęęęę?
Dziękuję z góry.

-----
Każdy może próbować szczęścia - choć jak widać z różnym skutkiem.
Ja co prawda mam już za życia wybraną firmę pogrzebową i miejsce pochówku - i jakoś nie jest to Wawel.
No ale skoro otwieramy podwoje Wawelu i robimy tam zwykły cmentarz - to kto wie?
Może jakaś lista oczekujących + regulamin dopuszczania "poza kolejką"?

środa, 14 kwietnia 2010

Zniesmaczone społeczeństwo dało głos

Ileż można słuchać ściemy o Świętym i Niepokalanym Lechu?

Media przegięły nadmiarem hipokryzji.
Kaczyńscy przegięli nadmiarem megalomanii.

Jasne, że pochówek będzie na Wawelu - w przeciwnym razie nieźle by się wygłupili przed zaproszonymi na pogrzeb głowami innych państw. Szkoda, że to tak szybko poszło, prawdopodobnie po to, by uniemożliwić wycofanie się z tego absurdalnego pomysłu. Ale na szczęście nawet media swoją patetyczną aż do mdłości gadką i wybielaniem nie są w stanie zatuszować PRAWDY o zmarłych. Kaczyńscy najwyraźniej ochoczo skorzystali z tej chwili narodowej słabości, histerii, nieuwagi i swoich pięciu minut bycia "na fali" by przepchnąć kontrowersyjną decyzję o miejscu pochówku. Przeciwników się ucisza tekstem: "ciszej nad tą trumną!".

Może to i lepiej...
Moim zdaniem popełniają tą decyzją polityczne sepuku. Przynajmniej ludzie sobie przypomną, dlaczego tak psioczyli na śp. prezydenta i jego świtę. Może to otrzeźwi tych, co od soboty krzyczą "Jarosław na prezydenta, jest tak samo wspaniały jak jego świątobliwy, tragicznie zmarły brat". Mam nadzieję, że ludzie przy urnie wyborczej nie popełnią błędu sprzed 5 lat pt. Kaczyński prezydentem.

Pojechałam po bandzie, ale trudno milczeć.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Kilka przemyśleń

Zamilkłam na kilka dni by w ciszy oddać hołd zabitym w katastrofie. Straszna śmierć. Nie chciałabym by ktoś z moich bliskich zginął w taki sposób. By nie dało się nawet zidentyfikować ciała. Tak zupełnie po ludzku jest mi smutno i żal. Żal mi tych ludzi i ich rodzin. Mam też wiele szacunku dla urzędów, jakie część z nich piastowała.

Z pewnością jednak nie będę uprawiać hipokryzji. Nigdy nie podzielałam poglądów i metod prezydenta i zdania nie zmieniam. Przeraża mnie to co nam teraz serwują media. Te próby prześcigania się w przeżywaniu tragedii stały się w pewnym momencie karykaturalne i pompatyczne do bólu. Plus interpretacyjny obrót o 180 stopni. Zostawmy to.

Szkoda, że dopiero teraz media pokazały parę prezydencką jako dwoje tak bardzo kochających się ludzi. Wszędzie razem, nierozłączni. Aż przykro było w tej sytuacji patrzeć na trumnę prezydenta samotnie wracającą w niedzielę bez trumny prezydentowej.

Teraz pozostaje niepokój o to, w jakim kierunku podąży Polska jako kraj, bo po takim wstrząsie na górze może to być dość ostry i nieoczekiwany zwrot akcji.

Pożyjemy - zobaczymy.
Komentarze wyłączam by już nie kontynuować tematu.

sobota, 10 kwietnia 2010

Brak słów

W pewnych sytuacjach jednak nie ma mocnych ....

[ * ] [ * ] [ * ]

piątek, 2 kwietnia 2010

Przedświątecznie

Święta zastają mnie jak zwykle kompletnie nieprzygotowaną. Co prawda nieszczególnie je obchodzę, no ale jednak zawsze można się spodziewać jakichś odwiedzin rodzinki, a już na pewno przedłużonego weekendu i masakrystycznych kolejek w sklepach. Jakoś się trzeba przedrzeć przez to wariactwo zakupowe. Nawet już wynalazłam patent. Po prostu robię zakupy dzień wcześniej i omijam szerokim łukiem tzw. "najlepsze" sklepy, w których kupują tzw. "wszyscy". O ileż przyjemniej jest uciec ze sklepu, w którym zawijana kolejka ciągnie się aż do drzwi wyjściowych i pójść do sklepu obok, kupić co trzeba i wrócić spokojnie do domu. Potem część pieczywa do zamrażalnika - i po sprawie. Można spokojnie świętować dłuższy weekend :).

Wczoraj doznałam przebudzenia i zauważyłam, że idzie wielkanoc, a u mnie w mieszkaniu stoi... zapakowana w folię choinka gotowa do wyniesienia do piwnicy, o której kompletnie zapomniałam. Wkomponowała się w krajobraz i najwyraźniej jak dotąd sama się nie chciała wynieść. A może zrobić fuzję świąt, rozłożyć choinkę i obwiesić jajkami? :D

W sumie... dziś od rana u mnie konkretna śnieżyca... czyli wszystko na temat :)))

Miłego dnia.

źródło obrazka: http://blog.panfu.de/wp-content/osterbaum_mit-lichtern.png