środa, 31 marca 2010

Walnęło mnie

...zapachem dziwnym dziś z rana gdy otwarłam drzwi pokoju dziennego. Szukam winowajcy, patrzę, a tu...
Ta-daam! Niespodziewanka :))



Hiacyntowi się zakwitło! Nie sądziłam, że to tak szybko pójdzie-jeszcze tydzień temu ledwie coś zielonego wystawało z doniczki :))
Rzeczywiście jak ostrzegała kumpela-zapach przy kwitnieniu powalający. Chyba będzie trzeba go jednak wystawić z ciepełka na balkon :)

niedziela, 28 marca 2010

Dzyń dzyń - to ja twój telefon!

Kocham zmiany czasu. Te z zimowego na letni zwłaszcza, kiedy trzeba się przestawić na wcześniejsze wstawanie. Brrrr....to jakaś masakra normalnie.
I tak dziś rano gdy - podobnie jak w nocy - nadal przewracałam się z boku na bok usiłując spać, wydarł się telefon leżący przy łóżku. Dzwonek wyraźnie wskazywał na to, że to dryndzioli ktoś z grupy "Rodzina" książki telefonicznej. Niezgrabnym ruchem biorę komórę, rzucając okiem na zegarek. No taaaak - od wczoraj mama ma do mnie darmowe rozmowy.
- cześć! jak tam dzionek? co porabiasz? - słyszę wesolutki głos mamy
- o boże... śpię! - bełkoczę na wpół przytomna
- co?? już 10 a ty jeszcze śpisz? wyłaź z łóżka! nie ma leniuchowania! - żartobliwie przywołuje mnie do porządku
- według starego czasu 9 dopiero - mówię już nieco przytomniej - nie jest tak źle
Chwila rozmowy i już mogłam wygrzebać się z pościeli i zwlec się z wyrka. Szkoda tylko, że niedziela już tak zaawansowana czasowo bo za chwilę się zrobi wieczór i znów będzie trzeba do pracy iść. O dziwo - jak nigdy - natychmiast poprzestawiałam wszystkie zegary w domu na nowy czas. To chyba pierwsza taka szybka akcja w moim wykonaniu. U mnie w domu zwykle jeszcze długo po zmianie czasu każdy zegar inną godzinę wskazuje. Komórki się same przestawiają, innym zegarkom trzeba pomóc, na co zwykle nie mam weny.

Mama ma radochę po tym jak dwa dni temu zmieniłam jej kartę w telefonie z Ery-dla-bogaczy na kartę, czyli Tak-taka, na Orange. Wreszcie może odbierać i wysyłać MMSy, tego drugiego ją próbuję naumieć. Od wczoraj ma też ustawiony mój numer do darmowych rozmów - no i teraz z tej radości dzwoni z częstotliwością mniej więcej 1 telefon na godzinę :). Orange na kartę ma to do siebie, że zaraz po włożeniu karty SIM - przychodzi kilka SMSów z ustawieniami dla MMS, internetu itd. i wszystko konfiguruje się samo. Bajer! Nie zapomnę jak próbowałam skonfigurować internet w Heyah - i po wielokrotnych próbach dałam sobie spokój. Skonfigurowało mi się wszystko dopiero po przejściu do Orange i od tej pory mogłam korzystać ze wszystkich dobrodziejstw swojej komórki bez posiadania abonamentu.

Nie cierpię usług abonamentowych, zwłaszcza w sieciach komórkowych. Wyleczyłam się po 2-letnim cyrografie z Erą, gdy po paru ulgowych miesiącach dowalili mi taki abonament i stawki, że miałam ochotę uciec z krzykiem. Niestety cyrograf podpisany - comiesięczny haracz płacić trzeba. Po tym przykrym doświadczeniu już zawsze używałam prepaidów, a komórki sobie kupowałam sama - takie jak JA chciałam (a nie z listy dostępnych) i bez simlock'a. Doszłam do wniosku, że biorąc od nich telefon "za złotówkę" - w rezultacie w trakcie trwania umowy zapłacę im za ten telefon kilkukrotnie w rachunkach za telefon. O nie! Już na to nie idę.

Jakiś czas temu zadzwonili do mnie z Ery z "ofertą nie do odrzucenia" - zapytałam tylko, czy to umowa abonamentowa. Po usłyszeniu odpowiedzi twierdzącej - oznajmiłam grzecznie, że niestety mnie nie interesuje ŻADEN abonament w ŻADNEJ z sieci, że od lat dobrze mi z telefonami prepaid. Na szczęście to ucięło jakiekolwiek dalsze dyskusje :).

piątek, 26 marca 2010

W gabinecie

Pani doktor wypisuje recepty i z zaangażowaniem wielkim podaje instrukcje jak stosować pewien specyfik, czego się można spodziewać, jakie są reakcje niepożądane, itp. Rozwiewa wątpliwości, odpowiada na pytania. Na koniec stwierdza:

- Skoro i tak dużo siedzisz w internecie, to poczytaj sobie też o tym leku na forach internetowych.
Widząc mój półuśmiech na wspomnienie jaką skarbnicą sprzecznych informacji bywają fora, pyta:
- No co się śmiejesz?
- A bo pomyślałam, jaką internet jest skarbnicą wiedzy...
- Ja ci mówię byś sobie lepiej o tym poczytała w internecie, bo jak przeczytasz ulotkę leku, to nigdy go nie weźmiesz i stwierdzisz: "bosz... co ona mi dała??"



Kurka - no miała rację! :))

Dostało mi się :)

Hiacynta od kumpeli :). A właściwie to trzy hiacynty świątecznie przystrojone :). Kochana jest :)
Pierwszy wiosenny kwiatek jest, tylko trzeba poczekać aż zakwitnie :)

Ponadto wczoraj odpakowałam na balkonie jaśmin z zimowej ochronki, zaczęłam ogarniać balkon. Ciekawe czy jaśmin nie przemarzł i wypuści listki? Sundaville - mam wrażenie - źle zniosło zimowanie w mieszkaniu i wątpię, że się "otrząśnie". Szkoda by było... Jest kompletnie łyse i wygląda jakby było zasuszone. Pocieszam się, że podobnie wygląda jaśmin i generalnie inne krzewy i drzewa też tak wyglądają po zimie, więc może jednak coś...  Najlepiej poradził sobie kompletnie niezabezpieczony na zimę bluszcz.

Tymczasem - skorzystałam z wczorajszego popołudniowego słoneczka, które się oparło o balkon, wytargałam na balkonik pufę (leżaczek leżakuje jeszcze w piwnicy a ja za leniwa jestem by go przynieść) i wygrzałam ciut stare kości. Choć muszę przyznać, że w tej konfiguracji za oparcie robi ściana, która jest niewygodna i - nie ma co ściemniać - cholernie zimna jeszcze.

czwartek, 25 marca 2010

Zielenina

- No to gdzie masz tą pietruszkę? - pyta mama
- A tutaj - daję nura do lodówki - już ci daję
Podaję jej woreczek, ona rozpakowuje i bierze w dłoń wielki zielony pęczek. Lustruje go wzrokiem i mówi:
- A co to jest??
- Nooo... pietruszka - odpowiadam robiąc wielkie oczy
- Taka wielka? - skubie listki i przysuwa do nosa - TO nawet nie ma porządnego zapachu! Ja ci przywiozę porządną pietruszkę.
- No cóż... taką sprzedają w sklepie...
- Normalna pietruszka jest drobna i na intensywny zapach - wyrokuje mama tonem znawcy - ta wielka jest pastewna - dla krów!
- Hmm... - zamyśliłam się - no... to jestem krową...

niedziela, 21 marca 2010

Sztuka upinania :)

Tym razem będzie trochę o szyciu, trochę o upinaniu spódnicy do tańca - dla uzyskania takiego efektu:

Pomyślałam, że warto w końcu napisać dwa słowa o tym, bo od wstawienia tego zdjęcia do galerii na forum o tańcu arabskim www.belly-dance.pl , miałam sporo zapytań jak zrobiona jest spódnica :). Łatwiej napisać jeden artykuł, niż każdemu pytającemu z osobna opisywać w mailu co i jak ;).

Sama spódnica to w sumie żadna filozofia, choć sporo szycia. Ale od początku.

Spódnica uszyta jest z lekko elastycznego szyfonu, dzięki czemu jest bardziej "lejąca" i nie "stawia się". W tym przypadku materiał ten ładniej pracuje w ruchu niż nieelastyczny szyfon. Szyje się typową spódnicę z półkoli / z koła. W przypadku tej spódnicy tylny panel to 1/2 koła, panel przedni - 1/4 koła. Zasadniczo - im więcej półkolistych paneli na warstwę, tym piękniejszy efekt. Schemat wykroju wygląda tak:


 
Najłatwiej zrobić sobie wykrój 1/4 koła na papierze pakowym (dostępny na każdej poczcie) i do wycinania półkola - po prostu złożyć materiał.

Paneli nie zszywamy ze sobą na całej długości, zostawiamy rozcięcia po bokach. Warto zszyć panele tylko u góry (przy pasie) na długość ok. 7-10cm. Dzięki temu spódnica nie będzie się "rozłazić" przy gumce.

Spódnica jest dwuwarstwowa, więc najłatwiej uszyć dwie osobne spódnice i spiąć warstwy zatrzaskami. Dzięki takiemu rozwiązaniu - jeśli się ma takie spódnice w różnych kolorach - można dowolnie mieszać warstwy, biorąc np. spodnią warstwę z jednej, wierzchnią warstwę z innej spódnicy.
  
Dobrze jest w wierzchniej warstwie spódnicy - zamiast podwójnej gumki - wciągnąć pojedynczą gumkę i do tego wciągnąć sznurek do wiązania, który można schować wewnątrz, a który zabezpieczy przed przypadkowym zsunięciem się spódnicy w wypadku jej nadepnięcia w tańcu.
 
spodnia warstwa
 
rozcięcia i zatrzaski spodniej warstwy
 
nałożona na spodnią warstwę - warstwa wierzchnia

Przy moim mikroskopijnym wzroście 158 cm - wyszło na to 6 mb (metrów bieżących) szyfonu o szerokości 150 cm.
 
Mamy już spódnicę, teraz trzeba to upiąć :). Też żadna filozofia :D.

Najpierw trzeba założyć pas albo chustę:
Potem chwycić przy kostce róg tylnego panelu spodniej warstwy, unieść do góry i zatknąć za pas gdzieś z przodu spódnicy. To samo, symetrycznie zrobić po obu stronach i wychodzi coś takiego:
A teraz wierzchnia warstwa. Trzeba złapać krawędź jej tylnego panelu mniej więcej w połowie odległości między pasem/biodrem a kostką - i zatknąć za pas z boku. To samo zrobić po drugiej stronie.
Można też użyć jakiegoś szala/woalu by dodatkowo ozdobić tył spódnicy, mocując woal przy pasie po bokach. Na pierwszym zdjęciu widać fragment czarnego, szyfonowego szala z frędzlami, zatkniętego w ten sposób za pas.
GOTOWE! :)
Prawda, że nic trudnego? :)))

czwartek, 18 marca 2010

Konsultacje, terminy, czyli zdrowotna masakra

Rozmowa z lekarzem o konieczności przeprowadzenia konsultacji:

- Już nawet jestem zapisana do poradni panie doktorze - odpowiadam - na 13 kwietnia
- Ale to nie wystarczy, żeby pani była zapisana. Tu trzeba działać już teraz zaraz! - mówi lekarz z przekonaniem
- No wie pan, czekam na wizytę z eNeFZetu, to i tak szybki termin. Ale jeśli trzeba szybko, to umówię się gdzieś prywatnie na już.
- Widzi pani...- wzdycha lekarz - ja to mówię, że w Polsce opieka medyczna jest reglamentowana. W praktyce wygląda to tak, że jednak nie każdy ma do niej dostęp tak jak powinien...


Straszne, że aby uzyskać natychmiastową pomoc trzeba sobie zapłacić. Jak wygląda telefon do jakiejkolwiek poradni? Mniej więcej tak:

- Chciałabym się umówić na wizytę do doktora X.
- Ale terminy najwcześniej są za pół roku - odpowiada głos po drugiej stronie sznurka
(za pół roku to: zdechnę z bólu/wykończę się psychicznie/mój stan się pogorszy nieodwracalnie/wyzdrowieję sama)* - niepotrzebne skreślić
- A prywatnie?
- Prywatnie mogę panią umówić na jutro.

WTF? O.o


Skoro prywatna służba zdrowia sobie tak dobrze radzi z organizacją usług i terminów, to dlaczego nie można sobie wybrać sposobu ubezpieczenia? Przecież są już dostępne systemy prywatnych usług medycznych, w których można sobie zapłacić miesięczną składkę i mieć dostęp do prywatnych lekarzy i szpitali. Gdyby to rozbudować, chyba nie wyszedłby z tego drugi ZUS?

Póki co składkę do ZUSu zapłacić muszę, więc raczej mnie nie stać na dodatkową składkę w prywatnej polisie zdrowotnej - odpowiednio wysoką by zapewnić sobie dostatecznie szeroki wachlarz usług.

A tak? Nim się uzyska pomoc specjalisty na NFZ - prędzej się wykituje. Więc i tak trzeba iść prywatnie bo w razie choroby czekanie jest niewskazane, żeby nie powiedzieć - nieludzkie. No i biznes się kręci...

wtorek, 16 marca 2010

Lodowe impresje

Taka ciekawostka z Balkonville. Sądziłam, że takie długie sople lodu to tylko na budynkach - a tu się okazuje, że zimujący na balkonie bluszcz też się nada. Foto z komórki, tak że jego jakość pozostawia wiele do życzenia. Ale nie mogłam sobie odmówić pstryknięcia fotki i pokazania światu ;)

poniedziałek, 15 marca 2010

Pobudka

Znacie te akcje z ryczącym budzikiem i wielokrotnym włączaniem drzemki? No to ja sobie wczoraj nie nastawiłam budzika i drzemkę miałam niezakłóconą. Przysypiam sobie w łóżku zastanawiając się, którą stroną się dziś zwlec, bo tak kręgosłup daje czadu. Nagle wydarł się domofon.

- Kurwa!!! kogo zaś niesie bladym świtem??? - pomyślałam - ulotki, spółdzielnia czy "ziemniaki z Wielunia"?
Zerwałam się z wyra i powlokłam się do domofonu
- Słucham?
- Dzień dobry pani! Tu Marek Pxxxxxxxxxx. - usłyszałam w słuchawce wesoły głos


?????

O kurwa! zapomniałam na śmierć! Umówiłam się z agentem ubezpieczeniowym by odnowić ubezpieczenie mieszkania. Ale na dziś? Widocznie na dziś!
Szybko po szlafrok, zerknięcie w lustro, przyczesanie rozwalonej burzy kłaków na głowie - i już jestem przy drzwiach.

- O obudziłem Panią? - zapytał zauważywszy, że jak nigdy jestem w szlafroku
- Ależ skąd! - skłamałam - jestem tylko trochę chora - zakasłałam dla dodania wiarygodności

Z tym kaszlem to w sumie nawet za dużo udawać nie muszę, bo chyrlam jak gruźlik odkąd miałam przeziębienie w listopadzie.

- Zasypało nas dzisiaj trochę - ciągnął pan Marek, podając mi formularze do podpisania i wydając resztę

Wszystko jak zwykle sprawnie poszło - nie dłużej niż 2 minuty. Wychodząc rzucił: "zdrówka życzę!" - i poszedł. Uff! Nienawidzę jak mnie ludzie w szlafroku po wstaniu z łóżka oglądają.
Wróciłam do pracowni, zerknęłam przez okno - faktycznie zasypało nas i to wcale nie trochę! Rzekłabym raczej - śniegu nawalone w trzy i trochę. Gruba warstwa śniegu leżała wszędzie, chodniki już nieco odkopane.
 Zerknęłam na zegar w stojącym na biurku telefonie - 8:59. Rzeczywiście - byliśmy umówieni na poniedziałek na 9:00.

Kurwa! - pomyślałam - że też facet zawsze musi być TAKI  punktualny?

piątek, 12 marca 2010

Drobna niespójność faktów

Poczłapałam dziś z rana na wpół przytomna do piekarni za rogiem jak zwykle. Miło się całkiem dreptało po świeżym dywaniku ze śniegu. Takie rześkie, zimowe powietrze z rana dobrze robi gdy nocka była niełatwa i obudzić się nie sposób.
W piekarni na szczęście tylko jeden klient przede mną więc nie trzeba było zmieniać lokalu :D, więc sobie postałam z na wpół zamkniętymi oczami. Wreszcie kupiłam co miałam do kupienia i wychodząc - odwróciłam się w kierunku lady gdzie spodziewałam się bożonarodzeniowych ozdób i słodyczy, które zawsze tam są przez świętami i...nagle zauważyłam że mam biało przed oczami. Otwarłam oczy szerzej i wyostrzyłam wzrok - a tu z lady spoglądają na mnie setki cukrowych baranów i zająców. Kurna coś tu nie gra - przeleciało mi przez głowę. W tym momencie obudziłam się z letargu i dotarły do mnie fakty. Jest marzec a boże narodzenie dawno minęło. Wyszłam na mroźne powietrze i podreptałam po białym dywanie do domu. Już obudzona.

Czy Wy też tak czasem macie?

piątek, 5 marca 2010

Idzie wiosna

video
Raz śnieżyca, raz słońce :)
A tak poza tematem przy okazji zrobiłam test wysyłania mailem filmiku wprost z komórki na bloga. Publikowanie wpisów i w tym przypadku działa bez zarzutu jak widzę, z tą różnicą, że trzeba poczekać na przetworzenie filmu by się uruchomił :).

Edit - przetworzenie krótkiego filmu trwało tylko chwilę, choć jakość jak widać taka sobie. Grunt, że działa :)

Minął roczek

...odkąd założyłam bloga i popełniłam swój pierwszy wpis.

Nie przewidywałam wówczas, że zabawa ta potrwa dłużej i że mnie to wciągnie - a tu niespodzianka! Roczek przeleciał jak z bicza strzelił, a ja nadal tutaj między Wami.

Przy zakładaniu bloga obrałam za cel wymusić na sobie wyszukiwanie elementów optymistycznych w mojej mało optymistycznej rzeczywistości. Stąd jego dość zobowiązujący (mnie) tytuł :). Chyba mi się udało nie zamęczać nikogo marudzeniem (?)

Chciałabym w tym miejscu serdecznie podziękować Wszystkim Szanownym Czajnikom za to, że odwiedzacie, czytacie, komentujecie, słowem - za to, że jesteście!

środa, 3 marca 2010

Buszując po necie...

...można spotkać takie kwiatki:
 

Nie ma to jak fair play :))

Na pisownię spuśćmy zasłonę milczenia :D

wtorek, 2 marca 2010

Dobrze, że jest w miarę ciepło...

...inaczej chyba byśmy tu umarli w butach. Wszyscy.
Od zeszłego tygodnia panowie remontowcy bawią się non stop farbą olejną. Ciągle coś malują, domalowują, poprawiają.
Co prawda na moją prośbę panowie zostawiają po zakończeniu robót otwarte okna na klatce, ale to średnio coś daje. Zwłaszcza wczoraj gdy wiatr hulał dość mocno i okna się same co chwila zamykały. Mam też podejrzenia, że niektórzy sąsiedzi-zmarzluchy te okna ciągle przymykają i wolą truć siebie i całą klatkę. Może te opary ich kręcą? Ja tam wolę jak na klatce jest wygwizdowo niż jak muszę przy niskiej temperaturze na dworze robić w domu non stop przeciągi, które g...uzik dają gdy klatka nie jest wietrzona. Wczoraj to już się wkuńbiłam na maxa i zrobiłam dyżur przy tych nieszczęsnych oknach - co przymknięte, to dawaj na klatkę z taborecikiem i otwierać. Taborecik niezbędny bo mój wzrost bardzo mikroskopijny jest :/.

Tak więc od zeszłego tygodnia chodzę sobie naćpana na koszt spółdzielni.
Dziś rano jeden z panów, nadal babrając się w olejnej, przywitał mnie z wielkim uśmiechem: "okna pootwierane jak Pani widzi" :).
Jak miło....