środa, 29 grudnia 2010

Coś

...ewidentnie w powietrzu wisi. Niedobrego coś. Ludzie wokół mnie ciągle jacyś wkurzeni, marudni, niezadowoleni, czepialscy i sfrustrowani. Wszystko fajnie...ale w tej całej zabawie niefajne jest to, że jeśli jest strona, która chce bezkarnie wyładowywać swoje frustracje i nie panować nad swoimi humorkami, musi być też strona, która to wszystko absorbuje, wyhamowuje i nie daje się "nakręcić". Inaczej byłby ogień na dachu. No a jeśli by tak każdy chciał "mieć humorki", łazić i się wyżywać na innych, to gdzie mieliby niby być ci co się nie dają sprowokować i mimo nerwowej atmosfery zachowują spokój?

Chyba potrzebuję wolnego i wyłączenia komórki :/ przynajmniej na jakiś czas. Ale to dopiero za jakiś czas...

środa, 22 grudnia 2010

Idą święta

Wszystkim blogowym Sąsiadom
ślę życzenia wesołych, rodzinnych, pełnych ciepła i spokoju
Świąt Bożego Narodzenia
a także pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku!

Dedykuję Wam jedną z moich ulubionych kolęd :)
spokojnie...to wcale nie oznacza "nawrócenia" - po prostu lubię kolędy i klimacik :D

niedziela, 19 grudnia 2010

Nim stopnieje śnieg, trochę pofocić wypada

W sobotę się wybyczyłam więc w niedzielę nadrabiam :). I już z rana poderwałam czcigodne cztery litery, kijaszki w dłoń, aparat w plecak i myk-myk - w las :).
Co więcej - pod wieczór poprawiłam. Szwendacz ustawiony na max :).
Rozpisywać się dziś nie będę, za to wrzucę fociszonów garść :D
Tory kolejowe w lesie a wygląda jakby ktoś piechtolotem ciągnął jakieś wielkie sanki :D
Kawałek szyny żeby nie było wątpliwości, że to jednak przysypane tory
Strasznie mi się podobały te fale śnieżne, które utworzyły się na belkach podtrzymujących tory
Słonko próbowało przeświecać przez drzewa, ale słabo mu szło

A to - jak każdy widzi - ja we własnej osobie, god bless samowyzwalacz+kadrowanie :D

Życzę miłego przedświątecznego tygodnia roboczego ;P

sobota, 18 grudnia 2010

Zimowe lenistwo

Za oknem cudna zima, ale jakoś nadchodzących świąt się nie czuje gdy w pracy zajęć mnóstwo. Człowiek chodzi zakręcony i nakręcony taki - i raczej o przyjemnych rzeczach nie myśli. Święta dla mnie to przede wszystkim przerwa w pracy i okazja by się pobyczyć do góry brzuchem leżąc, zajmując się nicnierobieniem.

Trochę mnie dołuje ten wcześnie zapadający zmrok, ale dobra wiadomość jest taka, że już za parę dni dzień się przestanie skracać, a zacznie sukcesywnie wydłużać :).

Mam też powody do radości w życiu tak zwanym prywatnym ;), wreszcie się przejaśniło na zachodzie bo u Boskiego nastąpił przełom, na który czekaliśmy wiele miesięcy. Do tego dochodzi przynosząca wielką satysfakcję działalność na rzecz zwierzaków. Wróć - przełom. Nie mówiłam? Nie mówiłam... Tak to jest, że gdy dzieje się coś bardzo, bardzo złego, człowiekowi się nawet o tym gadać nie chce, gryzie się z tym sam. Teraz gdy już, mam nadzieję, zagrożenie dla życia powoli odchodzi, mogę trochę odetchnąć. Czuję jakby opadła gruba, ciężka i czarna kurtyna. Tutaj powiem tylko tyle kochani - ostrożnie z grypą i doleczajcie ją! Bo jak się trafią powikłania, może być różnie. Wiem doskonale, że gdyby to wszystko się działo w Polsce, przy opieszałości polskiej służby zdrowia i oszczędzaniu na wszystkim, Jego już by nie było wśród żywych. Ale że się wszystko rozgrywało w Stanach, skończyło się na rocznej walce w warunkach szpitalnych i balansowaniu na granicy...wiadomo czego.

A tymczasem...śnieżek prószy za oknem, koty śpią na fotelu w jakiejś wymyślnej pozie, ja się byczę i zastanawiam czy nie ruszyć czterech liter z chałupy...tylko że coś się już (!?) ciemno robi. Każda wymówka dobra by nie ruszyć tyłka z ciepłej kanapy ;)

Miłego dnia!

niedziela, 5 grudnia 2010

Klimatycznie ciut

Leniwa niedziela pod znakiem igły w dłoni, bajeczna zima za oknem i świadomość ciepełka domowego gdy na dworze zimno. Zebrało mi się na wspominki i starocie i jakoś od rana chodzi za mną to:


Dream a little dream of me - Mama Cass Elliot

No więc szyję sobie spokojnie i nucę :)
Miłej niedzieli!

czwartek, 2 grudnia 2010

Brnąć w zaspach czy nie brnąć :)

Śniegu dużo, odśnieżają średnio a co odśnieżą to znów napada. Chodzi się raczej ciężko, jednak już teraz nie zastanawiam się długo - po prostu na spacer biorę kije bo ułatwiają chodzenie w zaspach, po śniegu pod którym jest lód. Dzięki kijaszkom nie ma się wrażenia, że się robi krok w przód-2/3 kroku w tył.

Przy okazji dziś miałam okazję zrobić porządny chrzest bojowy nabytemu niedawno obuwiu. Byłam ciekawa straszniście, jak te leciutkie i wyglądające na cienkie butki poradzą sobie w śniegu i na mrozie. No i zdały egzamin! Nic nie przemaka, nie czuć żadnego chłodu a noga się nie poci :). Teraz mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że nie żałuję żadnej z wielu złotówek wydanych na nie. Inwestycja, tym razem we własne stópki - dołącza do grona moich najlepsiejszych :D.

Kijki nordikowe też się super sprawdzają, są lekkie a jednocześnie mocne. Ludzie dopytują  czy się dobrze z tym chodzi, dziś jednym z zaczepiających był nawet starszy pan idący o lasce. Tak tak! - ludzie zaczepiają, zatrzymują i pytają co, jak i gdzie :).

Edit:
Wstawiam info o butkach na życzenie Czarnego Pieprzu i Stardust :)
źródło obrazka sklep Presto, dokładny opis tutaj

poniedziałek, 29 listopada 2010

Milej za oknem

Wreszcie szarość przykryła kołderka białej, puchatej substancji, która co prawda kierowców doprowadza do szewskiej pasji, kogoś kto lubi z aparatem pohasać bardzo cieszy. Zrobiło się jakoś tak przedświątecznie w sumie. Z rana gdy tylko koty mnie zdołały dobudzić i ujrzałam za oknem białość, czym prędzej ogarnęłam się i nakarmiwszy dwa małe głodomory, złapałam aparat i popędziłam pod las. Tak przed pracą...zupełnie jak za czasów gdy pierwszą rzeczą, którą robiłam, było wyprowadzenie psa na spacer. Co najbardziej lubię w śnieżnej pogodzie to przytłumiony przez zalegający śnieg dźwięk jadących samochodów. Im więcej śniegu, tym milszy jest ten dźwięk. Wiem, wiem...dziwaczka ze mnie, ale co ja na to poradzę, że mam dziwne upodobania :D.



Kociarnia dziś złożyła wizytę na balkonie, obadała białe-zimne-mokre ...ale jakoś zdecydowanie i one wolą domowe ciepełko.
Ktoś tu chodził :)

Jak zwykle sumiennie pomagają mi przy pracy, przytrzymując papiery na biurku, zrzucając zaczajoną na mnie mysz od kompa, robiąc za filtr na monitor i grzejąc mi kolanka gdy siedzę na fotelu oraz utrzymując właściwą temperaturę siedziska fotela gdy na nim nie siedzę :). To zdecydowanie umila pracę :).
Pani Prezes :)

I jeszcze zerknięcie na balkonik:
Hmmm... chyba już najwyższa pora to wszystko zdjąć ;)

Dzięki udanemu porannemu polowaniu na fociszony, blog mógł się przebrać w zimową szatę ;). A jeszcze wczoraj narzekałam, że mam nieaktualną skórkę :D

piątek, 26 listopada 2010

Wciągnięta

No! I wcięło mnie na amen!
Koty są bardzo wciągające. Bardziej niż TiVi :). Wszystko się wokół futer kręci, a ja tylko marzę o weekendach, gdy mogę:

a) poświęcić więcej czasu kotom
b) powylegiwać się na kanapie obłożona kotami

Nie wiem, czy to normalne, ale zważywszy na to co za oknem, zmianę czasu na zimowy i generalnie niesprzyjające okoliczności przyrody, stałam się leniwa jak te koty. I tylko bym się wylegiwała gdy tylko mam taką możliwość. W pracy huk roboty, niestety nie ma szans by uciekła bo nie jest zającem, a ktoś to co do zrobienia zrobić musi. No nie ma zmiłuj. A tu w głowie się telepie myśl, że całe 20 dni urlopu mam niewykorzystanego! Toż to całe 4 tygodnie! Ale nie będę wybierać "w listopadzie co drugi dzień", zresztą listopad i tak się już kończy. Masakra jak ten czas leci.

To chyba jednak prawda, że im człowiek starszy, tym szybciej mu ten czas śmiga. Skoro już teraz tak w moich oczach galopuje, to co będzie jak będę miała dwa razy tyle lat co teraz? O ile dożyję tak sędziwego wieku :). Mam nadzieję, że nie, że ktoś mi skróci męki na tym padole ziemskim, ale raczej mi grozi genetyczna długowieczność Pod warunkiem, że mnie wcześniej jacyś diabli albo inni kosmici nie wezmą. Ale że ponoć złego nie biorą, to mam szanse dotelepać się do emerytury. Którą aż boję się policzyć. Jak to mawia Stardust - jak się nie obrócić, to i tak d... z tyłu :D.

Miłego weekendu wszystkim :)

poniedziałek, 22 listopada 2010

Arogancka i nieprzyjemna

obrazek znaleziony w sieci
...jestem. A właściwie bywam. Przyznaję bez bicia. Bo niby jaka mam być w stosunku do kompletnie obcych ludzi, którzy do mnie próbują skakać albo robić osobiste aluzje? Natychmiastowe wyznaczenie granic i pokazanie wprost: "widzę twoje zamiary - tak się bawić nie będziemy" załatwia sprawę na starcie i oszczędza czas (i nerwy).

Jakoś szkoda mi życia i cennej energii na podchody i wymianę zawoalowanych złośliwości w przypadku ludzi, którzy są dla mnie na tyle obcy, że się nawet nie przedstawili :).

Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Wiem, że wystarczająco często jestem zmuszona się zamknąć i przemilczać ciosy poniżej pasa gdy jestem uwikłana w sieć zależności, np. służbowych. Nieskończone pokłady cierpliwości są u mnie zarezerwowane dla najbliższych: rodziny, przyjaciół. W końcu trzeba mieć jakieś priorytety, co nie? :D

A może to błąd wyznawać zasadę "jak ty mnie tak ja tobie"? Może w niektórych sytuacjach bycie "lustrem" człowieka naprzeciw to niewłaściwa droga?

Miłego dnia! :)))

niedziela, 7 listopada 2010

Ot przedsiębiorczość

Była sobie wieża kościelna. Z trzema dzwonami. Jednak w pewnym momencie owa wieża obrosła dodatkowym żelastwem. A dokładniej nadajnikami operatorów komórkowych:


Ostatnio jednak proboszcz parafii pojechał po bandzie - tadaaammm:

Wszak niedługo wybory samorządowe w Glajwicach. Ciekawe ile proboszcz zgarnął za postawienie tego billboardu na (ogrodzonym) placu kościelnym tuż za bramą główną do kościoła? I co TO w ogóle robi na terenie kościoła? (W ramach wyjaśnienia dla nie-Gliwiczan dodam, że na billboardzie jest aktualny prezydent miasta, który rządzi już 17 lat i ubiega się o kolejną kadencję)

No ale biznes jest biznes - w końcu dwójka dzieci księdza proboszcza też musi za coś żyć...

wtorek, 2 listopada 2010

Złoto i pomarańczowo :)

Ostatni słoneczny weekend był wprost wymarzony na spacery i fotografowanie. Tak więc w sobotę wybrałyśmy się z kumpelą na spacerek by wykorzystać piękną aurę. W tak pięknym otoczeniu i atmosferze relaksu nie sposób było wyjąć z plecaka aparatu :D. Moja najbliższa kumpela jest teraz przy mnie biedna, bo nigdy nie wie kiedy jej strzelę fociszona. Przez to, że to ja robię zdjęcia, zazwyczaj nie ma mnie na zdjęciach w ogóle :D. Tym razem jednak i ona się do aparatu dorwała, kategorycznie zażądała ustawiania go za każdym razem gdy chciała sobie na mnie odbić sporo już miesięcy nieautoryzowanego wykorzystywania jej wizerunku dla potrzeb treningowo-naukowych ;).

Co mnie najbardziej ucieszyło to fakt, że po wyjęciu zdjęć z aparatu nawet mnie nie korciło by cokolwiek w nich poprawiać. Generalnie mam zasadę: masz dobry sprzęt? chcesz się uczyć fotografować? - no to nie fotoszopuj fot i się nie oszukuj że dobrze focisz :D. Kolorki - jak na moje krzywe oko - wyszły jak marzenie.

Efekty kolorystyczne pięknych okoliczności przyrody możecie ocenić po nowym wystroju mojego blogasa :). Zero korygowania zdjęć - słowo!

Aniołeczek (jeszcze ;P)
No taaaak...co ja mogę robić w lesie? Tańcować na ten przykład!
A to drzewko to liche jakieś - nie dało się na nie wejść a tak się starałam ;)
Miłego dnia!

wtorek, 26 października 2010

Spotkania mniej i bardziej pożądane :)

Jak co rano pędzę ze sklepu ze śniadankiem. Na horyzoncie moja "ulubiona" Starsza Pani - Fanka Rydzyka.
- Dzień dobryyy - kłaniam się w biegu mijając Panią
- A ty to się zawsze taaak spieszysz! - odpowiada z wdzięcznym uśmiechem niebezpiecznie zwalniając
- No wie Pani do pracy trzeba - odpowiadam uprzejmie i w pięćdziesięciu procentach zgodnie z prawdą
Na co woła za mną Pani Starsza: - A to nie ma się co spieszyć! Tam nikt nie czeka!
- o.O
Rzuciłam za siebie przez ramię uśmiech i pomyślałam tylko: ciekawe czy będzie tego samego zdania gdy następny raz będzie żwawo gnać do kościoła ;)

A teraz kawusia i do pracy!
Miłego dnia!

niedziela, 17 października 2010

Naiwniara jestem ;)

Dotąd sądziłam, że do pomagania kotom potrzeba warunków, czasu, cierpliwości i serca. Okazuje się, że trzeba mieć jeszcze stalowe nerwy do niektórych porąbanych ludzi na kocich forach :).

Dodawanie takich "kwiatków" do ignorowanych częściowo rozwiązuje problem, ale zanim się człowiek dowie, że trzeba delikwenta dorzucić do czarnej listy, trzeba się nieźle wkurzyć :).

czwartek, 14 października 2010

No muszę, po prostu muszę

...to wrzucić :D. Poprawiło mi humora chyba na resztę dnia
Z serii nie rób tego sam w domu - pralka i cegła


Komentarze pod filmem jeszcze lepsze:

  • Ch_j z pralką szkoda kwiatków ;]
  • Jebana ale skacze, jak ziomale na LOVE PARADE
Uwaga
  • ale ta prlka ma ADHD;/ Xd pozdro za pomysl: D
  • i teraz będziesz chodził w brudnych gaciach :p
  • a potem ładny pewnie opierdol był :D

 Miłego dnia :)

sobota, 9 października 2010

Muzyka, która mnie przenika

Do zabawy zaprosiła mnie El.
wybierzcie 3 utwory, które są dla Was najważniejsze; takie, co to szarpią struny duszy, które budują Wasze wspomnienia... pozwólcie innym poznać te ważne z jakiegoś tam powodu dla Was dźwięki...
- wklejcie linka z YouTube, albo podajcie tytuł i wykonawcę i jak to bywa w szczęśliwych łańcuszkach (czy ja kiedyś pisałam, że niekoniecznie popieram ??) - zachęćcie 3 osoby, żeby podzieliły się z innymi muzyką swojej duszy

W sumie niemałe wyzwanie wybrać 3 utwory. Jest sporo takich, które szarpią jakąś strunę mojej duszy, odnoszą się do wspomnień z różnych okresów życia. No ale spróbuję (choć nie wiem, czy np. za tydzień nie wybrałabym innych) ;)

Absolutny numer 1: "Nothing else matters" - Metallica

Numer 2: "Ocalić od zapomnienia" - Marek Grechuta

Numer 3: "Kochać" - Piotr Szczepanik

Zapraszam do podzielenia się swoimi typami wszystkich którzy mają na to ochotę :)

czwartek, 7 października 2010

Rok z łokingowaniem

Ależ ten czas przeleciał. Rok temu zastanawiałam się jak to będzie chodzić z kijkami po lesie. Drugą rzeczą nad którą się zastanawiałam było to, ile z nimi pochodzę i czy w ogóle mi ten rodzaj aktywności będzie odpowiadał. Dorwałam jakieś lidlowskie kije trekkingowe "na próbę" i pomyślałam, że jeśli rzeczywiście po kilku razach nie pójdą w kąt, to kupię sobie porządne do nordika.

Minął rok. Łaziłam jesienią nawet gdy z nieba dosłownie waliło żabami, kijkowałam zimą, z przyjemnością odkrywając jak łatwo się dzięki nim chodzi po lesie w zaspach śnieżnych. Robiłam wypady wiosną gdy na nic innego jakoś pogody dobrej nie było. No i latem mimo komarów, z poświęceniem w długich spodniach, dłuższymi rękawami i czapeczką na głowie bo jak ręce zajęte to paskudy nawet po głowie żrą.

I stwierdzam: to jest doskonały rodzaj aktywności! I mam zamiar kijkować dalej :)

Z okazji rocznicy kijkowania zainwestowałam w dobre buty na sezon jesienno-zimowo-wiosenny oraz w porządne kije. Tak - te właściwe do nordika :D. Przez cały rok chodziłam z trekkingowymi i uważam, że da się nauczyć prawidłowego łokingowania nawet bez rękawiczki, która ułatwia chwytanie kija po fazie jego puszczenia. Tylko trzeba zręczności do tego :).

Dziś "ochrzciłam" przelotem przez las zarówno nowiutkie buty, jak i kijki. I jedno, i drugie leciutkie i wygodne. Spotkałam po drodze starsze małżeństwo. Mili państwo zatrzymali mnie i rozpytali dokładnie co i jak z tymi kijami, gdzie kupić, ile kosztuje itd. A w zeszły weekend uczyłam łokingowania moją mamę :). Spodobało jej się :) Przyznała też, że z nimi jakoś tak inaczej się chodzi - dużo lżej.

Polecam!

wtorek, 5 października 2010

W ofercie od czwartku :)

Pewnego czwartkowego poranka jak zwykle wybierałam się do piekarni po świeże pieczywko. Jednak tym razem zamierzałam za jedną drogą odwiedzić Lidla by kupić sobie i kumpeli pelerynę przeciwdeszczową. Już nie raz nas deszcz zlał, zresztą często łazimy na spacery bądź kijkowanie w taką pogodę, że nikt normalny nie wyścibiłby nosa z domu. Nie chciało mi się schodzić dwa razy na zakupy a Lidl czynny dopiero od 8.
Gdzieś dziesięć minut przed ósmą zerknęłam przez okno pracowni: "o żesz...ludziska za komuną tęsknią" - mruknęłam, widząc sterczących już pod Lidlem, pilnujących zamkniętych drzwi ludzi. Im bliżej 8, tym więcej luda. Kilka minut po 8 pod Lidlem zrobiło się pusto - o! otwarte. Przyszła pora iść po śniadanko i sprawdzić jakie pelerynki w Lidlu dają :).

Uzbrojona w wózek weszłam do środka, z zadowoleniem stwierdzając, że market świeci pustkami. Pomyślałam, że może ludziska już sobie poszli. Przedwczesna radość ulotniła się z chwilą wejścia w drugą alejkę. Na jej końcu, mimo braku okularów i krótkowzroczności, ujrzałam dosłownie kotłujące się, dzikie stado. Podjechałam bliżej. I się zdziwiłam. Panie biegały wokół koszy z produktami, które "rzucili" właśnie dziś. Podczas gdy jedne starsze panie w asyście doradczyń-rówieśnic wciskały się w fikuśne bluzeczki typu fitness w kolorach absolutnie nietwarzowych, eksponujące wszelkie braki w figurze, inne panie latały jak w dzikim transie dookoła, łapiąc w biegu kurteczki, polarki, skarpeteczki, sportowe topy i buk wie co jeszcze przyciskając do piersi swoje zdobycze.

No nic. Pomyślałam że rzucę tylko okiem czy są pelerynki i zmykam. Akurat przy pelerynkach grzebał jakiś babsztyl i zastawił wózkiem dojście na całej długości. Jakoś mi się w końcu udało podjechać manewrując zręcznie między krążącymi, chomikującymi satelitami, które kompletnie nie zwracały uwagi na innych ludzi. Stanęłam obok babiszona patrzę - męskie pelerynki. Babsztyl obok tarasował dojście do damskich, jednocześnie oglądał wyjętą prawdopodobnie przez siebie z opakowania pelerynę nr 1, trzymał w ręku opakowanie z peleryną nr 2. Sięgnęłam po opakowanie z peleryną damską nr 3 i czytam etykietę. Po chwili sięgnęłam po opakowanie z pelerynką nr 2, które to babsztyl dawno był odłożył i dalej miąchał w tej rozpakowanej pelerynie nr 1. No więc sięgnęłam po opakowanie nr 2 by porównać czy to to samo i ewentualnie wziąć dla kumpeli. Czytam etykietę (kolor, rozmiar) i nagle...babsztyl wyrywa mi z ręki opakowanie nr 2, rzuca tekst: "TO SĄ TE SAME ROZMIARY!" i szybko wrzuca zabraną mi pelerynę do swojego wózka. Przez chwilę stałam z dosłownie opadniętą z zaskoczenia szczęką. Zerknęłam na męskie peleryny i pomyślałam że najwyżej wezmę dla siebie męską - w sumie co za różnica (?) i w tym momencie zauważyłam samotne opakowanie nr 4 z modelem damskim, leżące spokojnie na innych męskich. Wzięłam je, wrzuciłam oba do wózka i wycedziłam do babsztyla: "widzi pani, bo ja potrzebowałam dwa" - i poszłam sobie jak najdalej od tego sajgonu. Miałam wrażenie, że za chwilę mi ktoś po prostu wyjmie towar z mojego wózka i zaczęłam rozumieć dlaczego "satelity" tak tuliły do siebie swoje zdobycze zamiast dać je do wózka :/

Do dziś się zastanawiam jak to się dzieje, że ludzie zachowują się tak, jakby nie mogli tego samego albo i lepszej jakości kupić w innym miejscu? Normalnie jak psy, którym rzucono aport. Ale przynajmniej rozwiązałam zagadkę produktów w ofercie, po których nie ma śladu gdy idzie się np. o godzinie 10. Dotychczas myślałam, że być może nie dowieźli czegoś albo że oferta z gazetki to pic na wodę... Zupełnie przypadkowo odkryłam jak się to dzieje.

Teraz się śmieję, że moja i kumpeli pelerynka jest "zdobyczna". Ehhhh.... śmiać się czy płakać? Ja osobiście jestem w ciężkim szoku.

środa, 29 września 2010

Łoj

Jak tak patrzę na archiwum bloga to coś bidny ten mój wrzesień :D.
Na razie nie obiecuję poprawy ;P

A gdy obserwuję świat za oknem, to widzę, że jednak mi się przyda ta "zdobyczna" pelerynka przeciwdeszczowa na kijkowanie. Czemu zdobyczna? - kiedyś Wam opowiem ;).

No i chyba czas zrobić jesienne porządki na balkonie. Zdecydowanie wolę te wiosenne niż przedzimowe...
Dobrej nocki!

sobota, 25 września 2010

Fajnie tak

...pójść spać wcześnie, obudzić się wyspaną na długo przed wschodem słońca, a właściwie gdy jest jeszcze ciemno. Obserwować jak zmienia się niebo, powoli rozjaśnia się otoczenie, od wschodu na czerwono leniwie wstaje słonko, od zachodu gdzieś tam wysoko jeszcze księżyc sobie świeci. Kumpel pająk z balkonu pewnie jeszcze schowany w kwiatkach bo pajęczyna pusta.

Jesień bywa piękna :)

czwartek, 16 września 2010

Taczka

Przychodzi nowy pracownik na budowę i widzi innego pracownika, który biega jak szalony z taczką tam i z powrotem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ta taczka nie była ciągle pusta. Podchodzi więc do gościa i pyta:
- Czemu cały czas latasz w tę i nazad z pustą taczką?
Na to gościu:
- A bo wiesz... jest taki zapieprz, że nie ma czasu ładować!

Mam nadzieję, że nie osiągnę tego stadium... ;)
Miłego dnia!

sobota, 11 września 2010

Troszkę mnie wcięło :D

Powrót do pracy nie zawsze jest przyjemny, po trzech tygodniach przerwy zwłaszcza. Ciężko się przyzwyczaić do obowiązków, porannego wstawania no i siedzenia przy kompie “bo się musi” a nie “bo się ma kaprycho”. Po takiej przerwie miałam totalny reset w głowie – czułam się jak w jakiejś innej rzeczywistości. Dzwoni kolega z pracy że coś jest do zrobienia, a ja się zastanawiam o czym on właściwie do mnie rozmawia Confused smile. Lajtowe nastawienie nie pomaga w pracy, więc trzeba się było jako-tako szybko zebrać do kupy i stawić czoła służbowym obowiązkom.

A obowiązków od groma. Roboty tyle, że końca nie widać. Gdybym nie miała tych 3 tygodni oddechu – zwyczajnie bym nie podołała. A tak, po przerwie i naładowaniu baterii, czuję się po prostu jak ryba w wodzie. Zawalona robotą, mnóstwem tematów, każdy coś ode mnie chce…no normalnie jakby się za mną stęsknili Winking smile. A tak swoją drogą – to miłe uczucie być potrzebnym. Dowartościowujące to wielce Open-mouthed smile.

W ferworze walki na froncie służbowym i po trosze kocim jakoś mi się zniknęło na chwilę. Choć podczytywałam Wasze blogasy i komentowałam, jakoś nie miałam siły pisać nic u siebie. Tak czasem bywa, myślę, że będzie już lepiej Smile

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Domatorem być :)

Uwielbiam swój dom. Spokojne cztery ściany. Lubię spędziać w nim czas, czasem do tego stopnia, że nie chce mi się wyścibiać nosa z domu. Wyznaję zasadę "mój dom - moja twierdza" i starannie dobieram sobie ludzi, których do tej mojej twierdzy wpuszczam. I nagle... okazuje się, że ludzie tacy jak ja wcale nie są domatorami, ale ofiarami cocooningu.

Co gorsza w domu pracuję i większość zakupów robię w necie (z domu). Straszne!

Kurczę...i pomyśleć, że marzyło mi się przerobienie jednego pokoju na prywatną salkę treningową... Chyba będzie trzeba sobie odpuścić takie marzenia bo jeszcze nie daj buk się stanę jakimś ortodoksem cocooningu... czy cuś...

Buuuuu.....

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Tak więc po 3 tygodniach laby wracam do pracy. Przerwa od tematów służbowych poskutkowała totalnym "resetem" w głowie, więc teraz tak sobie przeglądam, sprawdzam wszystko pod kątem organizacji pracy...i jakieś to wszystko takie obce mi się wydaje, jakby nie-moje :D

Jeśli się ma totalny reset po wolnym, tak, że się nie wie co do czego, to chyba urlop był udany ;) (?)

sobota, 28 sierpnia 2010

No to tłumaczę osocho :D

Sports Tracker to taka aplikacja na Nokię, którą można sobie zainstalować w telefonie. O ile się ma Nokię i o ile na dany model jest wersja tego programu :D. Na mój akurat jest :). Jest też serwis internetowy dla użytkowników tej aplikacji.

Aplikacja zainstalowana w telefonie działa w oparciu o GPS. W podstawowych ustawieniach podajemy naszą wagę i np. wysokość n.p.m. naszego obszaru. Rozpoczynając trening (np. bieganie, chodzenie, jazdę na rowerze, nordic walking i wiele innych dyscyplin, przy których się przemieszczamy) wystarczy uruchomić w telefonie aplikację i rozpocząć w niej nowy trening. Po ustawieniu rodzaju treningu, uruchamiamy program, który śledzi nasze poczynania sportowe. W oparciu o GPS zapisuje w telefonie trasę, którą pokonujemy, prędkość chwilową (a w oparciu o nią prędkość maksymalną, minimalną, średnią - przy czym zapamiętuje miejsca, w których zostały osiągnięte prędkości maksymalna i minimalna i naniesione na mapę), rejestruje też wysokość na jakiej się znajdujemy, czyli spadki i podejścia/podjazdy, w oparciu o prędkość i wagę zlicza spalone kalorie. Profesjonaliści i megaentuzjaści dokupują sobie urządzonko do pomiaru tętna, współpracujące z aplikacją, dzięki czemu na bieżąco można rejestrować tętno podczas treningu no i precyzyjniej liczyć spalone kalorie ;). Trening można pauzować gdy np. się robi przerwę, zresztą jest też funkcja automatycznego pauzowania gdy prędkość spadnie do takiej wartości, jaką sobie ustawimy.

Po ukończonym treningu wystarczy wysłać dane na swoje konto w serwisie internetowym. Przy wysyłaniu aplikacja sprawdza też czy w trakcie treningu nie zostały zrobione komórką zdjęcia - jeśli tak to też je wysyła na serwis wraz z zaznaczeniem na mapie miejsc, w których zdjęcia zostały wykonane (prawdę mówiąc bardzo ciekawe bywają fotki kolarzy górskich - jej ale widoczki!). W starym serwisie Sports Tracker'a działała jeszcze funkcja udostępniania swojej treningowej playlisty. Podobnie jak w przypadku zdjęć - program wyszukiwał czy i jakie utwory były odtwarzane na komórce i przy wysyłaniu można było udostępnić również pełną listę. Podobno obecnie też te dane są wysyłane do bazy, ale serwis internetowy jeszcze tego nie obsługuje - tę funkcję dopiero implementują (czyli robią :D). W starym serwisie było też możliwe dodawanie znajomych oraz funkcja udostępniania danych o swojej lokalizacji na żywo w trakcie treningu, jak również udostępnianie danych o treningach wyłącznie swoim znajomym. To była przydatna funkcja dla wielu osób np. samotnie jeżdżących po górkach albo gdy kolega z zespołu np. chciał dołączyć "po drodze". Póki co tego nie ma, ale przypuszczam że i nad tym będą pracować. Póki co wersji "live" nie ma, a dane o treningach można udostępnić publicznie albo uczynić zupełnie prywatnymi.

W serwisie internetowym są z tego robione fajne statystyki, porównania, kalendarz odbytych treningów, mapki z zaznaczonymi ewentualnymi zdjęciami, wykresy wysokości, prędkości, tętna (u tych co mają miernik tętna). Można też wprowadzać trening "ręcznie" - ja np. tak wprowadzam moje treningi taneczne. Wprowadzam trening jako "Indoor" czyli w budynku, wpisuję po prostu czas treningu, dzień, przybliżoną liczbę kalorii dla godziny intensywnego tańca. Choć aż korci mnie by sobie kiedyś podczas tego przyczepić do pasa komórkę i sprawdzić ile robię kilometrów trenując przez godzinę taniec arabski :D.

Odkryłam aplikację w czerwcu i muszę powiedzieć, że bardzo mi się spodobała. Teraz dopiero wiem ile tak naprawdę robię kilosów piechtolotem - a to mnie zawsze zastanawiało np. gdy łaziłyśmy z kumpelą po wsi trzecią godzinę :D. I jakoś mnie to generalnie mobilizuje. Zwykle wydawało mi się że nic nie robię. Nawet dzisiaj mi się wydawało, że chyba z miesiąc się nie ruszyłam z domu - zerknęłam w zapisy na ST - a tu czarno na białym, że w poniedziałek łokingowałam! Czyli wcale nie siedzę na tyłku :). I w dodatku suma przebytych kilometrów i czasu spędzonego aktywnie mi stale wzrasta. Na moją wyobraźnię to działa! :D

W ramach chwalenia się na blogu jak to dzielnie ruszam swoje czcigodne cztery litery i się nie poddaję, zaczęłam szukać jakiegoś gadżetu blogowego dla Sports Trackera. Coby wyświetlał moje dokonania :D. Ale na razie nie ma. Jest tylko dzielenie się informacjami na Facebooku i Twitterze. Tak się składa, że jakiś czas temu chciałam obadać Twittera i założyłam konto, ale mi się nie spodobał i dałam sobie spokój. Teraz odkryłam, że skoro Twitter ma gadżet do publikowania wpisów na blogasy a z kolei Sports Tracker może wysyłać wpisy na Twittera, a i tak Twittera nie wykorzystuję do niczego, wpadło mi do głowy by to wszystko połączyć i wrzucić tam na lewą kolumnę gadżet (widget) Twittera, na który mogę wrzucać informacje ze Sports Trackera. No! - jak zwykle błysnęłam geniuszem ;P.

To już teraz wiecie co to jest Sports Tracker, co ma wspólnego z Twitterem, że widget to jeden z tych gadżetów co to sobie wrzucamy na boczne listwy i gdzie tylko się da...no i że rzeczywiście generalnie to chodzi o chwalenie się. Wam :). No. A jak się mam chwalić to muszę mieć czym. A jak mam mieć czym to muszę ruszyć tyłek. Koło się zamyka :D

A tak w ogóle to lans rządzi! :D

http://www.sports-tracker.com

czwartek, 26 sierpnia 2010

Znalazłam

źródło: Sports Tracker na FB
...zajęcie dla mojego konta na Twitterze. Jakiś czas temu założyłam je z ciekawości jak to wygląda, ale jakieś to toporne takie i mniej swojskie niż nasz polski BLIP. Tak że sobie takie wisiało puste i niewykorzystane gdzieś na serwerze.

A więc: zajęcie będzie polegało na tym, że widget blogowy Twittera będzie mi robił za widget blogowy dla Sports Tracker'a :).
A Sports Tracker dla Nokii to od paru miesięcy (dokładnie trzech) robi za mój motywator i jednocześnie dzienniczek aktywności fizycznej :D.

Człowiekowi się zwykle wydaje, że NIC nie robi. A jak ma dzienniczek - nagle okazuje się, że to wcale nie jest takie NIC. A że aplikacja pracuje w oparciu o GPS, to rejestruje dystans, prędkość, wysokość, tętno (jeśli się ma specjalne urządzenie), spalanie kalorii. A z bajerów - zrobione w czasie treningu fotografie komórką (z oznaczeniem miejsca na mapie), a nawet słuchaną muzykę.

W sierpniu został otwarty nowy serwis ST i jest wciąż "dopieszczany". Lubię ten gadżet, bo wgląd w historię treningów mnie jednak motywuje do kolejnych :). Tak że póki co konta na Twitterze nie skasuję dzięki opcji wysyłania nań aktywności ST.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

W lesie...

...można trafić w urokliwe miejsca :)
A nawet przysiąść na powalonej brzózce i odetchnąć chwilkę :)
Przynajmniej dopóki komary się nie zorientują ;P

niedziela, 22 sierpnia 2010

W zdrowym ciele...

Wygrzebałam przypadkowo ciekawy tekst o ...nie, w sumie nie o odchudzaniu. Raczej o pewnych mechanizmach związanych z żywieniem, wpływających na naszą sylwetkę i zdrowie [ link ]. Dużo tego nie jest, więc szybko wchłonęłam :).

A tymczasem - wczoraj w klubie fitness wlazłam na tamtejszą wagę. 2 tygodnie ze zwiększoną dawką ruchu przy dokładnie tym samym obżarstwie -> 1 kg mniej :D

Wniosek: najważniejsze to się ruszyć z kanapy!

sobota, 21 sierpnia 2010

Rachunek sumienia dzięki Iw :)

Czytanie blogów jest fajne. Bo przy okazji czytania czyjegoś bloga można trafić na liście odwiedzanych przez tego kogoś blogów na innego blogowicza, który ciekawie pisze. Można też zajrzeć na bloga kogoś z komentujących. No i tak wczoraj od Stardust zaszłam do Iw. A u niej z kolei w otchłani archiwum trafiłam na notkę: Wyznanie grzechów w oparciu o feng shui :), która zainspirowała mnie do zrobienia rachunku sumienia pod tym kątem :). No to jedziemy wg listy ze strony: 10 grzechów według Feng-shui czyli co robić, aby nie być szczęśliwym, zdrowym i bogatym

1. Nie sprzątać
Hmm...a jak to się ma do powiedzenia: "dom nie muzeum, służy do mieszkania a nie do sprzątania" ? :D. Ok ok żartuję sobie. Bo w feng shui chodzi o zatory energetyczne. A więc...nie lubię sprzątać i niestety w tym miejscu grzeszę strasznie. Ale że jestem sama to na szczęście bajzel nie jest wielki ;). Więc można to naciągnąć do określenia mikro-zatorami ;).

2. Trzymać przyrządy do ćwiczeń w sypialni
Uuuuu...bieżnia stoi. I w sumie się tylko kurzy. Od jakiegoś czasu się zastanawiam czy nie podarować jej komuś kto z niej będzie korzystał.

3. Niczego nie wyrzucać
Przynajmniej tu mam czyste sumienie...raz na jakiś czas wywalam niepotrzebne rzeczy. Bądź co bądź - wywalenie starego to robienie miejsca na nowe! :)))
Gorzej z moją piwnicą...nie lubię tam po prostu bywać.

4. Mieć puste i blade ściany
Może i przeraźliwie puste to nie są, ale czegoś im jakby brakuje...

5. Trzymać otwartą klapę od toalety
O co to to nie... jeszcze by mi tam coś wpadło i "po ptokach". Swoją drogą słyszałam też o zamykaniu drzwi łazienkowych, zwłaszcza jeśli się ma łazienkę z toaletą naprzeciw drzwi wejściowych (u mnie tak jest-budownistwo PRLowskie). Bo to co dobrego wejdzie drzwiami, zaraz ucieka klozetem :D

6. Nie myć okien
Tu grzeszę za dziesięciu. Wstyd się przyznać, ale po prostu nienawidzę myć okien! Prawdopodobnie dlatego, że mam lęk wysokości a mieszkam na 3 piętrze. Mycie okna balkonowego nie budzi we mnie strachu że spadnę i jakoś jest częściej myte :)

7. Nie gotować
Równoważę grzech niemycia okien - gotuję sobie jedzonko, choć nie zawsze mam na to czas i venę. Ale generalnie gotuję.

8. Przechowywać zasuszone kwiaty
Tego nie robię odkąd usłyszałam (kurka no i wyjdzie na to, żem przesądna ;)), że jak się zasusza kwiaty od faceta/bukiet ślubny etc. to miłość uschnie. Poza tym nie lubię suszków, na których tylko kurz się zbiera :/

9. Trzymać stare rodzinne rupiecie
Nie trzymam. Nie lubię mieć za dużo rzeczy w domu, więc nie magazynuję ani rodzinnych, ani własnych rupieci :).

10. Nie zwracać uwagi na kapiące krany
O tym też słyszałam :). Póki co mi krany nie kapią :)

Do tego bym w sumie mogła dodać jeszcze parę zasłyszanych zasad feng shui jak np. Usuwanie zepsutych bądź "stojących" (w sensie nie działających) zegarów tudzież niezwłoczne wymienianie baterii/ich naprawa i nastawianie na właściwy czas, nie ustawianie kaktusów albo roślin o ostrych kształtach liści w miejscu związków i rodziny, nie tarasowanie wejścia do domu gratami bądź wielką szafą (tu grzeszę bo mam przy drzwiach w przedpokoju wielką szafę, którą moja dawna kumpela, wielka fanka feng shui wiecznie mi chciała przenosić wgłąb mieszkania) :D, w pracowni nie siedzieć tyłem do drzwi, a jeśli już się musi to ustawić lustro...można długo wymieniać w sumie.

Generalnie jak tak dokładnie przeanalizować założenia feng shui co do organizacji domu/miejsca pracy, można dojść do wniosku, że są to zasady generalnie poprawiające wygodę korzystania z pomieszczeń, poczucie bezpieczeństwa i panowania nad sytuacją, bądź zwrócenie uwagi na "wyciekające" z portfela pieniądze. Tam na Dalekim Wschodzie to strasznie mądrzy ludzie żyli. I żyją :).

środa, 18 sierpnia 2010

Czas na urlopie szybciej płynie

Ostatnimi czasy wcięło mnie na amen. Wszystko za sprawą futrzaka na tymczasie :). Właściwie oglądanie telewizji czy wychodzenie z domu stało się kompletnie nieciekawe. Obserwowanie kota jest ciekawsze niż cokolwiek innego :D.

I pomyśleć, że gdyby mi ktoś powiedział parę miesięcy temu, że będę się tak dogadywać z kotem, zabiłabym go śmiechem. A tu taka niespodzianka...

No a tak poza kocimi tematami to połowa urlopu za mną. Strasznie to leci... dobrze, że przynajmniej wzięłam 3 tygodnie. W sobotę poszłam sobie na salę do klubu fitness poćwiczyć samotnie. Miałam calutką salę dla siebie. Moja najlepsza kumpela pojechała w Europę i jest nieco poza zasięgiem - dopiero w takich momentach człowiek docenia, jakie to szczęście mieć kogoś, z kim można nawijać o bieżących sprawach, wyjść się powłóczyć po wsi.

Pogoda niezbyt dopisuje, miałam nadzieję na wygrzewanie się na balkonie a tu nici z tego. Jak już się wystarczająco napatrzę na kota ;) to może, korzystając z chłodu, znów zacznę chodzić z kijkami do lasu. No i w sumie to dobra pogoda na rower. Choć w sobotę chyba znów popędzę na salę. Lubię te poranne treningi. Mam tam wstęp w niestandardowy dzień o niestandardowej porze "po znajomości". Po prostu dają mi klucze, a ja po skończonym treningu zabezpieczam wszystko i oddaję klucz. Cena rozsądna, więc to świetna opcja :)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Zapraszam

Na potrzeby tymczasowania utworzyłam kociego bloga :). Tam wrzucam wszystkie informacje o Raszo na bieżąco.

http://natymczasie.blogspot.com

:)))))

niedziela, 15 sierpnia 2010

Panie i Panowie :)

Oto Jego Burość
RASZO

Przybył dzisiejszego popołudnia do mnie z Zabrzańskiego schroniska dla zwierząt i będzie mieszkał u mnie do momentu znalezienia domu stałego. Już od pierwszych chwil było widać, że urodzony z niego arystokrata - zachowuje się z niebywałą godnością. No i od początku między nami zaiskrzyło.

Raszo jest czwartym kotem, którego wypatrzyłam do tymczasowania. Trzy pierwsze - tuż po tym jak je upatrzyłam i oferowałam im tymczas u siebie - natychmiast znajdowały domy stałe. Pierwszym był Rudy ze schroniska w Sosnowcu, następny Kola z Zabrzańskiego schroniska, wreszcie Ralf - również ze schroniska w Zabrzu. Tak więc wreszcie padło na kilkuletniego, burego kocura o pięknym imieniu Raszo.

To tyle na razie :). Więcej napiszę później.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Urlopuję się :)

Jeżdżę sobie na rowerku, łażę po lesie z kijaszkami, włóczę się ze znajomymi na spacerkach szlakiem knajp. A nawet zaczynam tańcować. Słowem - staram się RUSZAĆ. Do oporu. Wreszcie mam na to czas i chęci!



piątek, 6 sierpnia 2010

Wreszcie

 mogę wysłać się na odwyk od kompa, czyli urlop. Dostałam pozwolenie na wzięcie 3 tygodni, pod warunkiem, że jakby się waliło i paliło to jestem dostępna pod komórką i w razie czego pomogę. Umówmy się - właściwie to każdy idzie na urlop pod takim warunkiem ;).
Tak że ogarniam dziś wszystko co mam do dokończenia a potem...hulaj dusza, piekła nie ma :).

Odwyk właściwy zaczynam gdzieś od poniedziałku. Ciekawe jak długo wytrzymam bez kompa hihi...

środa, 4 sierpnia 2010

Jestem odważna

...więc włączę sobie TVN na prognozę pogody :).
Może nie będzie "szpecjalnej" prognozy dla placu pod pałacem prezydenckim (?)
Na TVNie wszystko możliwe ;)

niedziela, 1 sierpnia 2010

Coraz poważniej się zastanawiam...

...czy nie wziąć jakiego kociska na tymczas.
Ostatnio niewiele brakowało i miałabym u siebie na tymczasie pewnego gentelmena-rudasa aż z Sosnowca, ale gentelmen był na tyle urodziwy, że niemal od razu znalazł dom stały :).

Z tego co widzę, to dużo bliżej, bo w sąsiednim mieście, działa fundacja zajmująca się zwierzakami i każda pomoc potrzebna, w okresie wakacyjnym zwłaszcza. Trafiłam na ten namiar z kociego forum, które podczytuję ostatnio.


Hmm...

wtorek, 27 lipca 2010

Czasami...

...fajnie jest się poczuć dzieckiem.
Pojeździć na motorku...
...przytulić się do konika...
Zwłaszcza jak dzieci nie patrzą zazdrośnie że im ktoś przerośnięty miejsce zajmuje :D
A wszystko to przy okazji łokingowania

sobota, 24 lipca 2010

Chłodniej...

...i zaraz spokojniej, puściej.
Luda zero - wiadomo dlaczego:

Kąpielisko Leśne świeciło pustkami no i zamknięte na cztery spusty. Na taflach wody w basenach małe fale - był mocny wiatr. Fajnie tak sobie w ciszy i spokoju pobyć sam na sam z naturą w samym środku sezonu.

Ześwirował mi dzisiaj Sports Tracker w komórce i zarejestrował jakąś dziwną trasę, która miała 17km (!) podczas gdy spacerek miał około 5km. Może to ma jakiś związek z testami nowego serwisu dla tego gadżetu? Jakkolwiek zdziwiłam się mocno po powrocie do domu :)

A to ja w wydaniu nordic-walkingowym :) foto z samowyzwalacza :D

piątek, 16 lipca 2010

Nowa wyprawka


Wczoraj przyjechało służbowe zaopatrzenie w sprzęt :D.
Nowe "pudło" czyli komp stacjonarny - niezły potwór, aż się boję włączyć ;) , nowszy skaner i służbowa komórka nóweczka.
Jeszcze dostanę najnowszego Photoshopa! Aaaaaa! :)))))))))))))))))))))))

To się nazywa Firma przez duże "F", która dba o stanowisko pracy.
O monitorach nie wspominam, bo mam wymianę średnio co roku...z tym, że aktualny tak mi odpowiada, że długo nie oddam :D

poniedziałek, 12 lipca 2010

Z pamiętnika "nauczyciela" obsługi kompa :D

Zostawiłam mamę z laptopem w pracowni by samodzielnie go włączyła i strategicznie poszłam podlewać kwiatki na balkon.
Wracam z balkonu po zapas wody i idąc do łazienki słyszę absolutną ciszę, tylko szum wentylatora dobiegał z pracowni.
- I jak tam? Komp włączony? - wołam przez całe mieszkanie
Cisza. Mama mi zniknęła?
- Jesteś? - pytam
- Jestem - odpowiada głos z pracowni.
- Komp włączony?
- Nie
- A czemu?
Chwila ciszy i słabiutki głosik
- Bo ja się go boję...

***

Wchodzę do pracowni po podlaniu kwiatków a mama siedzi przed wyłączonym laptopem ale już z otwartą klapą.
- Nie widzę żadnych zębów na tej klapie
Mama patrzy na mnie z wielkim znakiem zapytania w oczach.
- Mówiłaś, że się go boisz. Ale nie wiem czego - ten laptop jak widać nie ma zębów

***

- No, to gdzie masz włącznik?
- No TU! - pokazuje paluchem mama
- No to wiesz co zrobić
Mama naciska włącznik, laptop startuje, a ja wyskakuję zza ekranu
- Uaaaaaa!!! - udaję straszydło
Mama pokłada się ze śmiechu
- No... sama widzisz jaki ten komp jest straszny...

***

Mama uczy się odpisywać na maile na NK
- Jak mam to zlikwidować?
- Co chcesz zlikwidować?
- Nacisnęłam taki zygzaczek i mi się wyświetliły jakieś zygzaczki
- A jak te zygzaczki wyglądają?
- No jamnik mi się jakiś zrobił
- O.o

Zaczynam rozumieć pracowników helpdesk ;)

Mam zwidy?

Chyba tak...
W weekend sobie tak łaziłam po blogach, czytałam, komentowałam i...gdy potem wracałam zerknąć na dalszy ciąg dyskusji, w niektórych przypadkach okazywało się, że mojego komentarza nie ma!
Blogger zeżarł, czy to mnie się wydawało, że napisałam komentarz?
Ale jaja...
To chyba z przegrzania...
Chyba jednak mam zwidy!

niedziela, 11 lipca 2010

Mega leniwy weekend

Wreszcie przyszedł taki czas, gdy dosłownie nie chciało mi się kiwnąć palcem a najlepszą rozrywką było wylegiwanie się na balkonie.
W międzyczasie bawię się rozkimianiem narzędzi pakietu windows live. No i nie powiem – coraz bardziej mi się podoba. Co prawda mam tu zainstalowaną póki co wersję beta w wersji angielskiej by móc obczaić możliwości wersji najnowszej, ale zabawę mam przednią. Kontakty, galeryjki, filmiki, obsługa blogów i takie tam bajery. Bardzo fajny jest najnowszy komunikator live messenger. Generalnie fajna zabawka Smile.
A teraz jednym okiem oglądam meczyk finałowy Holandia-Hiszpania, jednocześnie bawię się zdjęciami. Oczywiście nie lubię pomarańczowego za to lubię południowców – więc nietrudno się domyślić komu kibicuję Winking smile
A por ellos Espańaaaaa!!!! Open-mouthed smile

piątek, 9 lipca 2010

Przed nadejściem sauny

Komarów niestety w tym roku więcej niż zwykle po powodziach. No i bawię się z nimi w chowanego. Wieczorem zostawiam otwarte okno sypialni by się wietrzyła no i drzwi do sypialni też otwarte, by wszystko to co wleci przez otwarte okno ku światłu z pokoju dziennego mogło polecieć właśnie do pokoju dziennego. Gdy kończę urzędować w pokoju dziennym i mam zamiar iść spać, robię taki myk, że gaszę światło w dziennym, szybko zamykam za sobą drzwi, potem szybko do sypialni, też zamykam drzwi i bez zapalania światła po omacku kładę się do łóżeczka. No i jeszcze zamykam okno. Na koniec pękam z dumy, jaka to ja chytra jestem i nie dam się cholerom zjeść.

Po pewnym czasie praktykowania takich akcji, można dojść do mądrych wniosków, że to w sumie niezbyt normalne :). No i że w sumie to się sprawdza dopóki noce są na tyle chłodne, że nie trzeba spać przy otwartym oknie. Ale idą upały, więc będzie non stop wietrzenie.

No więc dziś wyjęłam z szafy zakupione już w zeszłym roku i nigdy nie zamontowane moskitiery i zabrałam się za montaż w dwóch strategicznych miejscach - czyli w oknie sypialnianym no i w drzwiach balkonowych. Ta do drzwi balkonowych to całkiem zmyślne ustrojstwo, montaż łatwy, choć przydała się piła.

I nawet nie wygląda najgorzej ...

Ciekawe jak się sprawdzi ;)

środa, 7 lipca 2010

Jednorazowy pogrom

Pobojowisko balkonowe uprzątnięte :).
Akcja chyba zakończona sukcesem.
Przynajmniej tak mi się wydaje po oględzinach zawartości donic :D
Fajnie, że miałam na całą akcję kilka chłodniejszych dni.
:))

poniedziałek, 5 lipca 2010

Stop paskudom

Chwilowo zrobiło się chłodniej i pochmurniej, więc skorzystałam z okazji i postanowiłam rozprawić się z paskudami, które oblazły moje kwiatki na balkonie. W zeszłym tygodniu zakupiłam malusią buteleczkę preparatu o nazwie Decis do sporządzania roztworu no i zaopatrzyłam się w spryskiwacz. Ustawiwszy w jednym miejscu donice z zaatakowanymi roślinami i zastosowawszy środki bezpieczeństwa wyszczególnione na opakowaniu, czyli strój ochronny, zabrałam się na balkonie do sporządzania roztworu.

Gdy tylko odkręciłam nakrętkę z buteleczki - uderzył mnie smród nie do opisania. Oesu - myślałam że padnę trupem choć na twarzy miałam maseczkę. No nic nalałam tego świństwa do wody w ilości na chybił trafił i zakręciłam śmierdzącą zawartość. Doszłam do wniosku, że im szybciej zakończę operację, tym lepiej dla mnie. Wskoczyłam do pokoju sztachnąć się świeżym powietrzem, bo na balkonie waliło jakbym tam nie wiem co robiła, wyskoczyłam z powrotem na balkon i heja - zaczęłam opryski śmierdzącą cieczą. Wstrząśniętą. Nie zmieszaną. Podczas zabiegu parokrotnie latałam do domu po chaust powietrza - tak śmierdziało.

Mam nadzieję, że dostatecznie spryskałam rośliny, a jednocześnie nie za mocno by mi nie padły. Po szczęśliwym zamknięciu za sobą drzwi balkonowych, odgradzających od strefy smrodu, uprzątnięciu świństwa i wzięciu prysznica - zastanawiałam się tylko nad jednym. Co my właściwie jemy? Preparat ten nadaje się bowiem nie tylko do kwiatów, ale przede wszystkim do roślin przeznaczonych do spożycia. Okres karencji swoją drogą, ale po dzisiejszej akcji balkonowej jakoś siłą rzeczy inaczej patrzę na owoce i jarzynki w sklepie ;).

niedziela, 4 lipca 2010

No!

Wreszcie mogę zwolnić tempo.
Ostatnie 2-3 tygodnie to jakaś masakra była.
Wśród wszystkich rzeczy do ogarnięcia był też tajny projekt pod kryptonimem "SZEJKOSTWO" :D
Finał akcji miał miejsce wczoraj rano, akcja się udała i była totalnym zaskoczeniem dla zainteresowanych, więc już mogę powiedzieć o co chodzi ;).
Otóż założyciele forum www.belly-dance.pl brali ślub, pojawił się pomysł zrobienia życzeniowej strony www...no i cała działka techniczna przypadła mnie.
Efekt tajnych działań wygląda tak:
W sumie w dalszym ciągu jest przy tym co robić, ale to już wszystko na spokojnie i przede wszystkim już nie trzeba uważać na informacyjne przecieki ;).

Na razie jeszcze regeneruję siły po szaleństwie ostatnich tygodni, ale jak tylko odetchnę i wejdę w normalny rytm, wracam do zdjęć :).

czwartek, 1 lipca 2010

Gdzie ci mężczyźni...

...prawdziwi tacy
orły, sokoły, herosy...

Kurde ...ostatnio mam chyba jakiś kryzys wieku średniego :D
Rozmyślam nad przemijającym czasem i mnóstwem straconych w młodości (! jak to brzmi) szans.
I doła mam - doła nad dołami - z tego tytułu.
Cholera niech mi to już przejdzie ;P

sobota, 26 czerwca 2010

Tydzień na wariackich papierach

Ech...cóż to był za tydzień...

Sama się zastanawiam jakim cudem ogarnęłam tyle rzeczy. Prócz więcej niż dobrego wypełnienia obowiązków służbowych, zdołałam posprzątać laptopa i się z niego skutecznie przeprowadzić na mniejszy kaliber, czyli netbook. No i jeszcze w międzyczasie zorganizowałam kilku dziewczynom z forum belly-dance.pl porządne zajęcia z orientu, czyli porządna sala plus moja instruktorka na dzisiejszy poranek, gdy de facto klub fitness jest zamkły :).

Teraz co prawda po tym wszystkim padam na nos, ale warto było. Oddałam dziewczyny w dobre ręce - to najważniejsze. Niezbyt ZORIENTowane osoby mogą różnie trafić. Mamie dostało się ode mnie super laptop - właściwie nówkę - do nauki i można go świetnie dostosować dla osób mających problemy ze wzrokiem... no i wyświetlacz ma duży do tego. A ja mam maleńką "zabawkę" do zabawy w po pracy. I tak używałam laptopa po robocie tylko do internetu.

Z innej beczki.
Nie sądziłam, że ten mój nowy nabytek - lustrzanka - takie zarąbiste filmy może kręcić. Ostry obraz, film jest jasny mimo nagrania w pomieszczeniu, oświetlenie wygląda jak światło dzienne mimo że światło pochodziło od żarówek (chyba korekcja działa też przy filmowaniu)  ładne kolory, możliwość zoomowania i ustawiania fokusu podczas nagrywania - no WOW! jestem w szoku. Dziś na sali byłam tylko jako statysta bo tańcować na razie nie mogę, więc robiłam to, co mogłam - fociłam sobie :D. Każdy pretekst jest dobry by poćwiczyć fotografowanie i pobawić się manualem :).

Teraz sobie przeglądam foty i filmidło z występem instruktorki, która dała się dziewczynom uprosić i zatańczyła nam na sam koniec. Kurcze...naprawdę jest niesamowita :).

Na jutro planuję dzień piżmaka. Należy mi się :).

niedziela, 20 czerwca 2010

Krzyżyk

Odebrałyśmy z moją mam karty do głosowania i zasiadłyśmy w boksach.
- Tylko proszę nie ściągać! - żartuję
- Eeee tam ja i tak nie widzę na boki - śmieje się
- No wiesz. Możesz dopisać na karcie na przykład że Kaczyński jest głupi - podpuszczam
- A lepiej nie bo jeszcze głos nie będzie ważny...
Po wyjściu z lokalu wyborczego:
- W sumie to szkoda, że nie dopisałam nic na karcie - zamyśliłam się - Co tam! W drugiej turze dopiszę

A po spełnionym obywatelskim obowiązku - spacerek mimo niezbyt dobrej pogody
I jeszcze kawusia i ciacho na pełnym kwiatów balkoniku, zabawa w fotografowanie, do tego ktoś chodził pod balkonami przygrywając na akordeonie...Francja za friko normalnie :).
Zdjęcia z balkonu z moją facjatą są w aparacie mamy. Zostaną uwolnione po naładowaniu akumulatorów :D.

środa, 16 czerwca 2010

Ateistą być...

Kto to taki? No właśnie. Dziś przypadkiem trafiłam na pewne forum o wiele wyjaśniającym adresie ateista.pl

W sumie mogłabym się sklasyfikować jako ateistka, więc zatrzymałam się tam na dłużej, by zobaczyć o czym dyskutują. W sumie to byłam zdziwiona, że jest tu o czym dyskutować. Zawsze uważałam, że to proste jak konstrukcja cepa, czyli: nie wierzę w boga = jestem ateistą.

I prawdę mówiąc - totalna załamka. W jakim byłam straszliwym błędzie! Jakaż ja nieuświadomiona! ;P Wychodzi na to, że nie mogę siebie nazywać ateistką, bo nie spełniam jakichś-tam dziwacznych wytycznych, które ktoś-tam sobie wydumał (nie wiem jakich bo mi się do tego dokopywać nie chciało). Ale z grubsza wygląda to tak, jakby ktoś stworzył osobną (anty)religię pod tytułem "ateizm".

W sumie potwierdza się pewna obiegowa opinia (którą de facto usłyszałam od jehowców), że ateista to taki ludź, który więcej myśli o wierze niż przeciętny wierzący i wciąż próbuje udowodnić, jak bardzo nie wierzy. To chore!

A ja dotychczas w swojej naiwności sądziłam, że jako osobę niereligijną, skłaniającą się ku ateizmowi powinno mnie tylko interesować to, w jaki alternatywny sposób się organizuje różne wydarzenia życiowe, uroczystości, na których kluczową rolę zawsze odgrywał ksiądz :). Czyli że zamiast ślubu w kościele - ślub w USC. Zamiast chrzcin - sama rejestracja imienia dziecka w USC. Zamiast księdza na pogrzebie - Mistrz Ceremonii bądź opcja świeckiego pogrzebu z oferty firmy pogrzebowej.

To zabawne, ale kiedyś podczas luźnej rozmowy o wielkich imprezach, w tym chrzcinach, z pewną wierzącą osobą, gdy oświadczyłam, że "ja bym nie chrzciła", osoba ta ze świętym oburzeniem zapytała: "no to jak dziecku imię nadasz?". Ukryłam ubawienie i spokojnie odpowiedziałam, że przecież i tak ważne prawnie jest zgłoszenie w USC, które i tak się załatwia niezależnie od chrztu - no ale to mi uświadomiło, że ludzie nie mają wypracowanych zachowań alternatywnych.

A wracając do ateizmu...nie wiem... jakoś nie czuję potrzeby obnoszenia się z moim stanowiskiem w sprawach (nie)wiary, a tym bardziej sprawdzania, czy rzeczywiście pasuję do ideologii ateizmu i dopasowywania się do jej założeń. Moim zdaniem określenia założenia ideologiczne i ateizm się wykluczają...no ale ja najwyraźniej niedouczona jakaś jestem ;)

Dla ciekawskich - link

wtorek, 15 czerwca 2010

TiVi

W telewizorni sezon ogórkowy. Od czerwca do października, czyli przez ok. 4 miesiące serwują nam na wszystkich kanałach same powtórki. I tak rok w rok. W tym od połowy kwietnia wypełniają czas antenowy reklamując nową ramówkę na październik :D. Może powinniśmy na ten czas po prostu odłączać kablówkę? Albo najzwyczajniej przestawać płacić? Dobrze, że jeszcze nie wpadli na serwowanie nam powtórek serwisów informacyjnych zamiast produkować je na bieżąco...

No ok...  w tym roku jest mundial, to przynajmniej jest czym zapchać dziury w ramówce. Inaczej zapchaliby ...powtórkami 2x dziennie - to samo rano i wieczorem. Baaardzo sprytnie.

Szkoda, że do telewizji na kartę potrzebna jest zamontowana antena. Nie mam ochoty na obwieszanie sobie czymś takim balkonu, choć opcja doładowań bez zobowiązań, podobnie jak telefon pre-paid, jest dość kusząca.

sobota, 12 czerwca 2010

Sobotnio

Cwane to sundaville

Pnącze poprowadzone wysoko aż do donic na barierce wzięło i się okręciło o plektrantusa, robiąc sobie z niego podpórkę. Kiedy to zrobiło? Nie mam pojęcia. W dodatku ma na czubku pączki, więc tam zakwitnie. Będzie dodatkowy kwiatek "w doniczce" :D.

A z serii sporty ekstremalne czyli podlewanie z przeszkodami - zerknięcie w dół do sąsiadów poniżej donic z kwiatami...
...podlewać? nie podlewać?...
;)
Miłego dnia :)