piątek, 28 sierpnia 2009

Kalp Kalbe Karşı Derler

Turecka muzyka jest bardzo specyficzna. Orientalne brzmienia, inny styl śpiewania. Ale nie tylko. Również specyficzne frazowanie, a także stosowanie powtórzeń fraz a nawet całych zwrotek.

Ten utwór mnie urzekł nie tylko ze względu na melodię i fakt, że świetnie się do tego ćwiczy. Uwielbiam go za tekst. Mówi o tym, że czasem ludzie czują tak samo w tym samym czasie choć są od siebie daleko. W sumie utwór o pewnym rodzaju telepatii, niejako "wyczuwaniu" siebie nawzajem.


Aslı Güngör - Kalp Kalbe Karşı Derler Orjinal Klip 2008©


Obudziłam się nagle, nie było jeszcze trzeciej
Nad moimi oczyma zatrzymała się chmura deszczu,
tęsknota nam nie służy


Mówią, że serca zwrócone są do siebie (biją jednym rytmem)
- czy ciebie też ogarnia smutna tęsknota?
Nawet księżyc opuszcza noc, czy myślałeś kiedyś co ona czuje?

Samotność ukryta we mnie, nie opuszcza mnie nawet na chwilę
Fotografia w mojej ręce - gdyby tylko on był teraz tu

Jego nieobecność jest we mnie, nie opuszcza mnie ani na chwilę
W mojej dłoni fotografia, on musi tu teraz być.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Chwila dla siebie

Dopiero co był maj, a już znów sierpień się kończy. Tylko patrzeć jak się zrobi chłodno. Będzie mi brakować wylegiwania się na balkonie po pracy w ramach udawania zwłok :).

Fajna sprawa gdy się jest kompletnie wykończonym po robocie - po prostu zwalić się w półcieniu z pnącz na popołudniowym lub wieczornym słoneczku, które już jest niżej i po prostu się wygrzewać słuchając dobrej muzyki. Pełen relaks :D.

Co ja będę robić zimą? Chodzić się wygrzewać do solarium??

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Sha'aby, Saidi, Raks Assaya i Tahtib

Ze specjalną dedykacją dla Czajnika Adama :) krótko o stylach wymienionych w poprzednim wpisie :).

Sha'aby to taki pop Egipcjan (pop-beledi) - szybka, zabawowa muzyka oraz wesoły, skoczny taniec, przykłady:

SHEREEN - MODERN BELEDI CHOREO


Helene - Shaaby

Saidi - rytm, muzyka, taniec folklorystyczny z rejonów Górnego Egiptu. Często tańczy się z bambusową laską zwaną assayą - jedną lub dwiema, ta odmiana tańca jezt zwykle pokazem zręcznościowym bądź naśladowaniem walki i demonstracją siły. Nazywana jest raks assaya lub tahtib.

Przykłady:

Raks Assaya


Saidi


Danza del Tahtib

niedziela, 23 sierpnia 2009

Porwałam się :)

Udało mi się dziś zupełnie przypadkiem "popełnić" taniec z assayą. W sumie to się trochę porwałam z motyką na słońce, a właściwie to z kijaszkiem na sha'aby, bo pierwszy raz wzięłam to ustrojstwo do ręki w tańcu - od jego wystrugania kiedyś-tam z przyniesionego z lasu kija. To tak zamiast kupnej laski zakrzywionej u góry :). No ale kto powiedział że ma być akurat taka zakrzywiona? Faceci tańczą tahtib z prostymi i jakoś żyją :).


shaaby-saidi-assaya mix training (improv)



Szyby, lustro i telewizor są w całości :)

Ciekawe...

...czy w każdym z portów na Morzu Karaibskim, do których zawijają statki-wycieczkowce, ludzie robią takie wielkie halo wokół tego. Wczoraj wszędzie było o wycieczkowcu kompanii Princess Cruises, który zawinął do Gdyni, czyli Emerald Princess.


Przypuszczam, że na Karaibach już przywykli do wielkich wycieczkowców i wylewających się z nich tysięcy amerykańskich pasażerów (plus mniej więcej tyle samo załogi), bo tam to codzienność, przynajmniej w okresie naszej zimy, kiedy to na Karaibach jest upalnie i spokojnie. Mam tu na myśli huragany, które pojawiają się mniej więcej w marcu-kwietniu. Wówczas zwykle wycieczkowce przenoszą się w spokojniejsze pogodowo rejony, np. na zachodnie wybrzeże Kanady albo i wyżej - na Alaskę. Bywa że "urywają się" w rejs do krajów Europy, ale Europa chyba średnio przyzwyczajona do takich akcji. Nie wiem jak na Morzu Śródziemnym, ale z pewnością w krajach Północy takie odwiedziny to wydarzenie.

Ciekawa jestem co myśleli sobie turyści - pasażerowie Szafirowej Księżniczki, ujrzawszy w porcie komitet powitalny w postaci orkiestry dętej :).

sobota, 22 sierpnia 2009

Teraz już wiem...

...jak to ludzie robią że tyją.
Sama tak od jakiegoś czasu robię :D.
Efekty widać po dosłownie paru tygodniach :/

Wrzosowisko w formacie mini

Ostatnio jestem częstym gościem w pobliskiej kwiaciarni i za każdym razem wracam z jakimś łupem :).
Wreszcie udało mi się upolować wrzosy, piękne, duże okazy. Nie ma nic ładniejszego niż poranna rosa na wrzosach (lub trawach na polu) u schyłku lata. Szkoda że nie ujrzę tego w porannych promieniach słońca bo balkon zachodni.



Niepoprawna romantyczka ze mnie... ;)

czwartek, 20 sierpnia 2009

trzy..dwa..jeden... i luuuz

Kolejny sprawdzian - aerobik w klubie fitness na moim osiedlu. Planowałam FatBurning ale akurat było TBC (Total Body Conditioning). Zajęcia w ogrodzie, na stepie. Uśmiałam się z siebie, bo nauczona z sesji rehabilitacyjnych na hasło luz - jest luz i nic nie robię. A tu na hasło luz miały być knee-up :D. W sumie poszłam tam dla samej rozgrzewki, bo ćwiczenia na matach nie dla mnie.

Co najważniejsze - wyciągnęłam na zajęcia funfelę, która wróciła po wszystkim totalnie szczęśliwa. Chyba połknęła bakcyla :). Sama też bym obecnie się chyba nie zmusiła do aż takiego wysiłku. Taniec przez to i przez brak rozciągnięcia słabo idzie, więc ogólna załamka.

Ojj szkoda że nie mamy tu na miejscu zajęć z orientu...chyba latałabym tam prawie codziennie gdybym nie musiała dojeżdżać ;P. Kiedyś jak jeszcze dawałam radę to jeździłam do gliwickiej Alhambry, która obecnie jest poza moim zasięgiem.

Mogę sobie tylko popodziwiać i powzdychać do ekranu patrząc jak dziewczyny stamtąd tańcują, ostatnio Alhambra wywiesiła nawet filmidło na youtube:

Pokaz taneczny kursantów oraz instruktorów Akademii Tańca Alhambra


Będzie trzeba podrążyć temat chyba...

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Historia pewnej przyjaźni

Wyrazem przyjaźni nie musi być stały, częsty kontakt. Godziny rozmów niekoniecznie przyczyniają się do stworzenia więzi. Bliskość nie zawsze jest konsekwencją fizycznej obecności.

To pokrewieństwo dusz, rozumienie się bez słów, życzliwość, akceptacja, tolerancja. Spoglądasz na kogoś i już wiesz. Już rozumiesz.

Ta przyjaźń ma już prawie 13 lat. Jest specyficzna. Inna niż inne.

Oby żyła wiecznie...

...utonęłam w morzu wspomnień...

Granice dobrego smaku

Dobra poranna kawa, pyszne śniadanko, dzień wolny od pracy...telewizorek do towarzystwa żeby sobie coś gadało...
Lecę po kanałach pałaszując sobie pyszną drożdżówkę - a tu nagle centralny widok na brudny klozet bo znów reklamują jakiś środek do czyszczenia toalet.

Już od lat mnie to do szału doprowadza, ale te reklamy były kiedyś jakieś subtelniejsze. Iks lat temu myślałam że znienawidzona reklama Brefa, witająca mnie zawsze po długim dniu pracy przy upichconym naprędce obiedzie to szczyt szczytów w obrzydzaniu ludziom jedzenia. Teraz po latach okazuje się, że tamto to był mały pikuś. Generalnie twórcy reklam chyba już dawno przekroczyli granicę dobrego smaku w promowaniu swoich produktów :/. Ja nie wiem czy sądzą, że ktoś widzący reklamę typu "jak przebiega nasza brudna inwazja na kibel" albo "powstrzymaj latające bakterie" lub "bakterie znalazły sobie nowy cel-twoją szczoteczkę do zębów" - nie będzie miał jeśli nie odruchu wymiotnego, to przynajmniej chwyci pilot i przełączy kanał.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Zaraźliwy uśmiech :D

Zawsze miałam słabość do południowców :). A już ten pan powinien być norrrrmalnie zakazany ;P


Oczywiście z tym zakazywaniem to żarcik ;) Jak na mój gust widok tak szerokiego uśmiechu jest jak lekarstwo.
To leczymy!
/panowie - mam nadzieję - wybaczą ten babski temat/

sobota, 15 sierpnia 2009

Małe rowerkowanie


Dziś zdołałam z siebie wycisnąć całe 5 km rowerkowania wymęczone w 25 minut. Ale to niezły postęp - pierwsze podejście było z wynikiem 1,5 km spacerku rowerowego, to się nawet nie było czym chwalić.

Ale teraz dokładnie widzę, po co były te wszystkie fikuśne i dziwaczne ćwiczenia na rehabilitacji. Co więcej - wyraźnie czuję gdy mam nieprawidłową postawę cokolwiek bym nie robiła - i zaraz się poprawiam :)

Mogliby się szarpnąć...

...i chociaż wywieszać informację w sklepach, że będą zamknięte z okazji święta.

Nie każdy o świętach pamięta, bo nie każdy je obchodzi, za to każdy musi jeść. Gdyby w sklepie witała mnie w drzwiach kartka że "jutro zamknięte", przynajmniej miałabym możliwość się zastanowić dlaczego. A tak... liczę na sklepy otwarte w niedzielę :/.

Poszukiwanie pieczywa dziś z rana skończyło się niepowodzeniem, dodatkowo w ramach bonusu jakimiś dwuznacznymi propozycjami ze strony podpitego "po nocnej zmianie" pana ekspedienta w jedynym otwartym osiedlowym sklepiku :[ Wrrrrrr...... obleśne

czwartek, 13 sierpnia 2009

Wszystko fajnie ale...

...tak w sumie to co z tego że Polska wkopała 2-0 Grekom? Każdy kto widział jak Grecy grali na zeszłorocznych mistrzostwach wie, jak to wyglądało i że to nie mogła być straszna filozofia im wkopać. A dla tych co nie widzieli - napiszę, że wyglądało to tak, jakby Grecy na piknik przyjechali - ot co!

środa, 12 sierpnia 2009

Niesmak po pracy

Nawet jarzyny układają się tak by się chyba upodobnić do nastroju malującego się na mojej twarzy po pracy. Gdy się zorientowałam w jaką piękną buźkę mi się ułożyły, odkładane na stół podczas płukania, pobiegłam po aparat by to uwiecznić, o proszę:


Cóż za podobieństwo... Ostatnio to nic nowego że chodzę po robocie tak zniesmaczona, że coraz trudniej mi to ukryć nawet gdy w tej pracy jestem.

Na szczęście ratuje mnie wrodzone poczucie humoru...w takich sytuacjach przechodzące niestety w czarny humor. To taki rodzaj samoobrony. By nie zwariować :-/

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Częściowo naprawiona - się testuję :)

Zrobiłam wczoraj mały "po-naprawczy" test stanu kręgosłupa i wrzuciłam na tapetę coś w bardziej orientalnych klimatach. Póki co tylko lajtowy pop, bo w razie mocniejszego akcentu nie ręczę za swoje odruchy i ich skutki ;P
Jeszcze bardzo ostrożnie i bez szaleństw, zwłaszcza powściągliwie w przypadku ruchów klatką piersiową, ale chyba nie jest najgorzej :D.




Jak pomyślę, że ponad 2 miesiące temu prawie nie mogłam chodzić, to stwierdzam, że (przynajmniej pod tym względem) mnie naprawili i to dość solidnie :). Pozdrawiam fizjoterapeutę :D, któremu na samym początku rehabilitacji oświadczyłam, że nie spocznę dopóki nie podniosę rączek wysoooko do góry i nie będę znowu tańcować hyhy...

sobota, 8 sierpnia 2009

Przedjesienna wizyta w kwiaciarni

Korzystając z wolnego dnia oraz natchniona wpisem na blogu userki Zochy popędziłam dziś do mojej ulubionej kwiaciarni wywiedzieć się czy dostanę już wrzosy. Coś trzeba posadzić w miejsce z leksza umartych surfinii. No cóż... norma - słońce mi je nieco spaliło w momencie gdy lubią im łysieć łodygi. Ciekawe czy się kiedyś nauczę nie przegapać momentu między tym, gdy surfinie jeszcze są piękne i bujne a tym, gdy są nagle i niespodziewanie łyse.

Okazało się, że na wrzosy jeszcze ciut za wcześnie, więc jeśli chcę mieć ładne to jeszcze warto poczekać cierpliwie. No ale jak to ja - nie mogę przecież z kwiaciarni z pustymi rękami przyjść. Tym razem przytargałam 3 roślinki na kwietnik. Kompletnie nie wiem co przywlokłam, identyfikacją przy dobrych wiatrach zajmę się jutro.

Póki co dziś zrobiłam wielkie czyszczenie i przesadzanie kwiatów. Surfinie przycięłam tam gdzie coś je żarło, sypnęłam wszędzie porządnego nawozu i zobaczymy co się stanie. Zabawię się w eksperymenty ich kosztem, ale na kogoś musiało wypaść :). Ofiarami stały się też - chcąc nie chcąc - dalie i gladiole, których rozsady od jakiegoś czasu leżały sobie zapomniane w pojemniku i już z determinacji własnej zaczęły wypuszczać pędy. Zobaczymy co z nich wyrośnie, do zimy (miejmy nadzieję) jeszcze kawał czasu :).

Foty nowych nabytków wrzucę jutro jak porobię zdjęcia w świetle dziennym :).

P.S. A na przyszły rok upatrzyłam sobie jako roślinkę doświadczalną takie oto wdzięczne kwiaty jak te wysokie żółte na zdjęciu obok. Ciekawe czy sprawdzą się na balkonie jako żywa zasłona przy barierce :).

czwartek, 6 sierpnia 2009

A skoro już o tym mowa...

Wspominkowy nastrój mój oraz wpis o tańcach indyjskich Tribudragona skłonił mnie do dodania wpisu o tym, od czego się w moim przypadku fascynacja orientem zaczęła.

Zaczęło się wieeele lat temu bardzo niewinnie, bo od przypadkowego zobaczenia urywku filmu "Monsunowego Wesela", którego nawet wówczas nie oglądałam. Po prostu przechodziłam obok telewizora i zobaczyłam ten fragment:


Obrazek pozostał gdzieś w podświadomości. Powróciło po wielu latach gdy poszłam do szkoły tańca na warsztaty z latino, a gdzieś w korytarzu przebiegały dziewczyny z zajęć z orientalnego. Nie dało się ich nie zauważyć bo wszystkie dźwięczały monetkami przy pasie ;). Poszłam na pierwsze zajęcia jak na aerobik chcąc sobie poćwiczyć coś innego niż klasyczne "brzuszki". Z pierwszych zajęć wyszłam absolutnie zakochana w oriencie :)

Ciekawe, że u tak wielu osób, które potem uczą się tańca arabskiego, fascynacja zaczęła się od jakiegoś filmu z tańcem indyjskim.

środa, 5 sierpnia 2009

Carpe diem

Nastrój melancholijny, zamiast pobrzdąkać na gitarze na smutki, naszło mnie na wspominki.

Jeszcze tak niedawno się "szalało" jak tutaj:

Albo tutaj:


A teraz pozostają lajtowe elementy tańca w ramach "umilania sobie" kinezyterapii:

Nie wiem czy to nie jest bardziej dobijające niż budujące... Z pewnością irytujące i zniechęcające gdy trzeba kontrolować znów każdy najmniejszy ruch.

Kiedyś ktoś mnie zapytał: "jak można kontrolować ruchy tańcząc?"
Odpowiedziałam: "jeśli trzeba to da się kontrolować każdy najmniejszy krok tak, by nikt tego nie zauważył"

Dobrze, że wykorzystałam na maxa tę chwilę, przebłysk, lepszy czas. Na następny taki czas sobie długo poczekam...a właściwie długo będę go wypracowywać.

Trzeba żyć jak najpełniej gdy tylko mamy po temu sposobność.

Windoza

Windows to MEGA-facet!
- Co krok to zwis :)


Do takiego wniosku doszłam podejmując rozpaczliwe próby zaimportowania pewnego pliku do pewnego programu, które wciąż kończyły się wysypaniem systemu. I to wcale nie dlatego, że format nieobsługiwany.. obsługiwany...teoretycznie :)

wtorek, 4 sierpnia 2009

Komary w malinach

Obżeramy się malinami z funfelą, ale coś komary tną niemiłosiernie.
- Ależ mnie w tą niedzielę tu pogryzły te cholery - mówię
- Tak? A mnie nie chcą gryźć - mówi z zaskoczoną miną
- No tak! U mnie to widać bom zaraz spuchnięta - odpowiadam - ja to chyba jestem jakaś uczulona na jad...
Hmm...Może dlatego jestem uczulona na jadowitych ludzi? - dodaję zamyśliwszy się

Wszystko ma swój początek i koniec


Wolne też.

Pierwszy dzień w pracy całkiem udany i nawet żyję :). Zobaczymy jak długo uda mi się utrzymać zdrowy dystans i bronić przed nakręceniem.

Do pracowni wkradł się znów artystyczny nieład :). Ale trudno o ład w ferworze analiz i wstępnych prac nad projektem ;P

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

DTL czyli Dzień Totalnej Laby


Czyli wczorajsze byczenie się większość dnia pośród zieleni na działeczce w cieniu...
Ależ ulga od wszechobecnej "patelni".
No i cisza, spokój, sąsiedztwo lasu, wszyscy "normalni" ludzie w kościołach albo na niedzielnych obiadkach.
Cudo! Dzień wykorzystany na maxa.
Po powrocie w stanie kompletnego rozleniwienia już mi się tak nic nie chciało, że dopiero dziś wrzucam blogowpis :D

sobota, 1 sierpnia 2009

Co za hałas?

Siedzę sobie spokojnie przy laptopie w sypialni... aż tu nagle coś z zewnątrz błogą ciszę mi zakłóca.
Spoglądam w okno a tam...

...a tam jakiś luzak pędzi nad blokami, w dodatku jakoś dziwnie "celuje" mi w okno krążąc sobie. Miło, że jednak nie zdecydował się przez nie wpaść ;).

Sen nocy letniej

Chyba jednak nie mogłabym mieszkać w miejscu, w którym nocki są zbyt ciepłe. To normalnie mi grozi bezsennością. No i te irytujące komary, po działalności których irytujące się staje wszystko... Albo może i chodzenie spać "z kurami" nie jest wcale takie dobre bo się potem wybudzam po kilku godzinach i amba.

A tak w ogóle to odkryłam dziwną właściwość mojej poduszki. Potrafi się tak naelektryzować, że gdy przeciągam po niej dłonią - dosłownie świeci w ciemnościach pod przesuwającą się ręką. Przestraszyłam się własnej poduchy nie na żarty...
Hmm... a może to coś ze mną nie tak? Nie raz i nie dwa przy zetknięciu z kranem albo klamką byłam traktowana "prądem"... no ale żeby zaraz pościel świeciła?

Niebezpieczna ze mnie kobieta :D