środa, 29 kwietnia 2009

Dobre rady zawsze w cenie ;)


"No insultes al cocodrilo antes de cruzar el río"

Czyli po naszemu:

"Nie obrażaj krokodyla przed przeprawą przez rzekę"


...nooo... to myślę dość rozsądne podejście :D

...a mury runą...

Komentarz Blancari do mojego ostatniego wpisu skłonił mnie do pociągnięcia tematu "Mury" kontra "L’estaca" :)
W ostatnim czasie bowiem okazało się, że echa twórczości Jacka Kaczmarskiego dotarły też na Kubę.

Oto co z tego wynikło:
La Babosa Azul "Los muros" [ posłuchaj ]

Wychodzi na to, że muzyka Kaczmarskiego wciąż inspiruje...

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Que tinguem sort - Obyśmy byli szczęśliwi

Jeden z moich ulubionych utworów - zamieszczam przekład sklecony naprędce, bo tekst jest świetny, a kataloński bądź co bądź mało znany ;).

Lluís Llach - Que tinguem sort



Obyśmy byli szczęśliwi

Jeśli powiesz "żegnaj",
chcę by dzień był bezchmurny i pogodny.
Nie chcę by śpiew ptaka zburzył harmonię.

Obyś był szczęśliwy
i znalazł to, czego brakowało
we mnie.

Jeśli powiesz "chcę Ciebie",
niech słońce uczyni dzień dłuższym
i w ten sposób ukradnie
czas czasowi zatrzymanego zegara.

Obyśmy byli szczęśliwi
i znaleźli wszystko to czego brakowało
wczoraj.

I w ten sposób weź wszystkie owoce, które mogłyby być Ci dane
przez drogę, którą z wolna wypisujesz na jutrzejszy dzień.
Bo jutro zabraknie owoców każdego kroku,
a zatem pomimo mgły musimy iść.

Jeśli pójdziesz ze mną,
nie proś o łatwą drogę,
ani o srebrne gwiazdy,
ani o jutro pełne obietnic, a jedynie
o odrobinę szczęścia
i by życie dało nam
bardzo długą drogę.

Poniedziałkowa amnezja :)

Jak jak kocham ten stan - gdy po weekendzie okazuje się, że do tego stopnia oderwałam się od spraw zawodowych, że nie pamiętam co gdzie mam, na czym skończyłam w piątek, co mam do roboty, generalnie wielkie NIC.

Totalny "Reset" :)))

niedziela, 26 kwietnia 2009

Wymarzona pogoda na spacerkowanie

Jak korzystać z wolnego - to ma maxa :)
Mimo zakwasów po wczorajszej, całodziennej pracy fizycznej przy totalnym demontażu pracowni, połączonego z przestawianiem mebli - celem pozbycia się psiej sierści z okablowania oraz zmiany aranżacji (wiedziałam że kabli mam DUŻO, ale nie sądziłam że aż TAK dużo) oraz zmęczenia późniejszym imprezowaniem do nocy - dziś i tak nie obyło się bez dwugodzinnego spacerkowania po lesie :).

Dobrze wyjść w niedzielę w miarę wcześnie, np. ok. 11.00, gdy większość ludzi albo jeszcze siedzi w kościele, albo przygotowują się do obiadu - dzięki temu w lesie nie ma jeszcze o tej porze grupowych "wycieczek" rodzinnych jak to ma miejsce np. po 14.00.

Poza tym okołopołudniowe słonko przepięknie oświetla otoczenie... no i ten kolor nieba...


Warto dodać, że o tej porze roku - najważniejsze jest po powrocie dokładne sprawdzenie futrzaka pod kątem kleszczy - mój to niestety niezawodny kleszczołap, z uwagi na swoje zamiłowanie do robienia nura w chaszcze. Wyłapane w psiej sierści paskudy niezwłocznie i bezwzględnie topimy w odmętach WC :), a następnie siebie samych ładujemy pod zbawienny, "antykleszczowy" prysznic. Zresztą - po obejrzeniu tego co się dzieje w psiej sierści, nie będziemy mieć żadnych wątpliwości, że należy tak zrobić :).

Weekendowo, imprezowo

Zastanawiałam się od rana, jak to jest, że inni pili, a mnie suszy ;). Dopiero potem wydumałam, że przecież przy wczorajszym ognisku było sporo dymu.
Było cudnie - jak zawsze. Każdemu życzę takiej Ekipy :)))
To już tyle lat razem...



Edit g. 13:45
Z najświeższych doniesień wynika, że nikt nie pił :] a wszyscy bawili się wyśmienicie

piątek, 24 kwietnia 2009

Pianina czar :)

Znowu usunęli z YouTube utwór "One" (Metallica) który miałam na playliście. Grzebiąc za nią w celu uzupełnienia braku - trafiłam na to niecodzienne wykonanie.

Metallica - One (Piano)

By było grzecznie i cenzuralnie, ograniczę się do napisania, że zostałam ze szczęką na podłodze ;). Na takie okoliczności bowiem mam tylko jedno określenie, które w pełni oddaje mój zachwyt, jakkolwiek tutaj nie przejdzie ;P

Dla porównania oryginał:

Metallica - ONE (ESPAÑOL)


czwartek, 23 kwietnia 2009

Konflikt interesów ;)

Poważna rozmowa służbowa o przydatności narzędzia do zarządzania czasem i zadaniami pod warunkiem systematyczności dokonywania wpisów, oraz jak bardzo utrudnia życie gdy współpracownicy unikają stosowania "przypominajek".

(...)
- Na mojej liście zadań "pamiętają się" i czekają na ciąg dalszy nawet zadania działu X, które zostały tam oddelegowane, jak również pomysły i kwestie, o których za chwilę nikt nie będzie pamiętał a są ważne - referuję przeglądając niemożliwie długą listę zadań.

- No tak... a oni się tam pewnie modlą, żebyś coś z tego jednak zapomniała... - odpowiada nie kryjąc znajomości tematu oraz ubawienia szef.


Nie ma to jak wspólne cele w zespole ;)

Makes me wonder...

Ostatnio coraz częściej zachodzę w głowę, czy to stan ciała tak fatalnie wpływa na stan mojego ducha, czy też stan ducha tak beznadziejnie wpływa na stan ciała.

Niezależnie od przyczynoskutku - fajnie nie jest...

wtorek, 21 kwietnia 2009

Codziennik Admina

Jakie są rodzaje banów?
Ano mamy ban tymczasowy lub permanentny, częściowy lub pełny, jest ban konta usera, adresu email albo ban IP/hosta.

To wszystko? Otóż NIE! :)
Jak się okazuje, istnieją jeszcze Bany Towarowe :D

(klik w obrazek by powiększyć)

Z rozmyślań w przerwie na kawusię :) - bo przerwa rzecz święta ;P

Urlop... i po urlopie. Wczorajszy powrót do szarej codzienności należał do grupy doświadczeń bolesnych.

Niemniej jednak pocieszającym jest fakt, iż wreszcie mogę z całą stanowczością stwierdzić, że pracoholizm już mi nie grozi :). Wręcz przeciwnie - obserwuję zdrowe odruchy typu "jak mi dobrze gdy nie wiem co w pracy" i "żeby tak jeszcze ze 3 miesiące byczenia to bym się nie obraziła" :).

A zatem... byle do drugiej części zaległego urlopu, czyli całkiem niedługo :)

A tymczasem: De Mono - "Znowu zwykły dzień"
(w razie problemów-dwuklik na okienku, otworzy bezpośrednio na wrzuta.pl)

sobota, 18 kwietnia 2009

Poprzesadzać czasem zdrowo :)

Dziś z rana popędziłam do mojej ulubionej kwiaciarni po sadzonki bluszczu, by sobie już móc posadzić jakieś pnącze na balkon. Póki co nie ma jeszcze dostaw typowo balkonowych roślin, ale już kilka dni temu zrobiłam małe rozeznanie, przy okazji zaopatrywania się w drabinki i pałąki pod pnącza.



Jak to ja - w rezultacie wróciłam nie tylko z bluszczem, ale również skusiłam się na bratki i... dowieźli dziś bardzo piękne pnącze, o wdzięcznej nazwie Sundaville :) w wersji Red

(foto po lewej)
więcej info [ tutaj ]






Drogie jak diabli, ale nie mogłam sobie odmówić. A więc przytargałam szczęśliwie do domu moje sadzonki plus ziemię do skrzyń pod nie, do tego dodatkowe podstawki pod skrzynie (wpuszczane w rynnę podstawek nie potrzebowały więc nie miałam), zostawiłam w sklepie sporo pieniądzorów, ale warto by mieć czym oko nacieszyć.






Przesadzanie jak to przesadzanie. Więcej sprzątania niż przesadzania. Goldeniasty oczywiście ofiarnie pomagał ;)












Hmm.... Faceci... ;P
(jeśli komuś się film nie otwiera, można spróbować obejrzeć [ tutaj ]

Teraz już tylko czekać na słoneczko, wziąć książeczkę lub laptopik, bezalkoholowego "drinka" z parasolką - i można wypoczywać :)

Witamy w Balkonville ;)
lub jak kto woli - w Balkonowicach ;P

Dziki wodopój

Dopiero będąc na urlopie, wyrwawszy się w pracowni do części mieszkalnej ;) zauważyłam, że w rynnie na skrzynki z kwiatami, którą mam umocowaną na balkonowej barierce, wielkie ptaszyska urządziły sobie wodopój :). Tak czy owak w ramach przedsezonowych porządków, trzeba było rynnę wyczyścić. A że przy usuwaniu wody metodą łopatologiczną zastał mnie chłód, zostawiłam właściwe czyszczenie na następny dzień. Na dnie pozostała jednak odrobina wody ...i właśnie z tego powodu nazajutrz miałam za oknem niezły teatrzyk :D.

Ptaszyskom niezupełnie odpowiadało spuszczenie wody, jednak skoro widziały jeszcze "coś" na dnie do wyskrobania - nie dawały za wygraną. Sroki usiłowały zapuszczać żurawia głęboko, trzymając się krawędzi. Omal nie wpadały dziobem do środka bo trzeba było się nieźle wyciąąąąągnąć. Ubaw po pachy miałam obserwując jak usiłują nie wpaść, rozpościerając pióra z ogona w wachlarz. A że akcja szybka, to wyglądały jakby ktoś im te pióra rozczochrał.


Kawki i inne krukopodobne, z racji swojego środka ciężkości przeniesionego na część ciała nadto wysuniętą ku przodowi - i tak by wpadły, więc... po chwili dumania wskakiwały w rynnę. Szkoda, że mój aparat tak długo "myśli" nim zrobi zdjęcie, bo nie dałam rady uchwycić tego, co się tam tak naprawdę działo. Gołębie sobie odpuściły, chyba doszły do wniosku że są za wielkie by się zmieścić, a może z troski o czystość upierzenia, małe ptaszki jakoś też dały za wygraną.

Niestety, trzeba było dokończyć temat rynny, tak więc przed końcem dnia była już całkowicie sucha i lśniła czystością ... no i "śmierdziała" obcym zapachem mleczka do czyszczenia. Gdy spokojnie sobie myłam skrzynki na kwiaty, przyleciała sobie i usiadła na barierce jedna z kawek - i patrzy. Zagląda w pusty wodopój, myśli (hmm...) - spogląda na mnie (sprawca..?) - to w rynnę (hmm...) - to na mnie (sprawca!). W spojrzeniu wielki znak zapytania i oburzenie. Wodopój zamknięty? Jak to?? To skandal!!!

czwartek, 16 kwietnia 2009

Sposób na komara



Domowe zaplecze antykryzysowe w walce z komarami-krwiopijcami.

Jeśli nie zdążyło się zaopatrzyć w akcesoria antykomarowe (lub się skończył zapas), siatki przeciw owadom w oknach się nie sprawdziły, a wśród nocnej ciszy, nagle i niespodziewanie zaatakuje nas podejrzanie zbliżający się w kierunku ucha, irytujący dźwięk "bzzzzzzzzzz" z gatunku "wysokie rejestry" - nie trzeba od razu toczyć nocnych bitew, ani prowadzić morderczych akcji zaczajania się na wampiropodobne, upierdliwe stworki.

Aby wyjść "z twarzą"... tzn... aby nie narażać się na bąble na niej (i nie tylko), tudzież uduszenie pod kołdrą lub niepotrzebne nerwy - warto sprawdzić, czy w domu jest ocet. A w większości gospodarstw domowych zawsze jakiś dyżurny ocet się znajdzie :).

Wystarczy nalać odrobinkę na spodeczek i postawić obok łóżka. Komary wieją od tego ile sił w skrzydełkach :D.

A jeśli zaatakuje nas nie jeden zbłąkany komarek a całe stado wygłodniałych, żądnych krwi paskud - lepiej zdobyć się na poświęcenie i przetrzeć octem parę miejsc na ciele. Może to nie afrodyzjak, ale ocet wyparuje sam wraz ze swoim zapachem, a bąble i świąd niestety nie :).

Tak na marginesie - rzeczony ocet jest bardzo pożyteczny w domu i ma sporo zastosowań ;). Między innymi jest genialną pomocą przy... myciu okien. Zwykły płyn do naczyń typu Ludwik + ocet rozpuszczone w wodzie dają o niebo lepsze efekty niż wszystkie przereklamowane (i drogie) specyfiki do mycia, pucowania, nabłyszczania okien i przeciw smugom w zimie razem wzięte :)

środa, 15 kwietnia 2009

Międzyplanetarne gry, zabawy i wojenki - Mars vs. Wenus (III)



Jego wolność - to moja wolność * :)



* w granicach zdrowego rozsądku, ma zastosowanie w przypadku zdrowo funkcjonującego związku

Nocne czuwanie

"Zabawka" nie działała. Ani nic innego. Do późnego wieczora goldeniasty już leżał jak długi i ledwie był w stanie bić koniuszkiem ogonka o podłogę w ramach reakcji. Dziwnie ciężko oddychał, nawet nie silił się na standardowe wybiegi i kombinacje celem przechytrzenia Pani w trakcie podawania dopaszcznie wapna. Pocieszające, że normalnie zszedł na dół na ostatni spacer i zjadł swoją kolację. No i pił jak wielbłąd.

W pewnym momencie (było już grubo po 23.00) jakoś dziwnie mi "odpłynął", że aż przeraził, gdy przez chwilę nie mogłam go dobudzić. Kiedy jednak chwyciłam telefon by w odruchu paniki dzwonić do weta - zerwał się, jakby z jakiegoś letargu, oprzytomniał i znów był bardziej kontaktowy. Tak więc budzenie weterynarza okazało się zbędne. Hmm... telefon w dłoni Pani to jedna z rzeczy, na które futrzak reaguje bardzo żywo.

Nocą ciągle na czuwaniu, nasłuchiwanie czy oddycha, jak oddycha, sprawdzanie jak się czuje, uzupełnianie wody w misce, gotowość do wyjścia z nim na dwór. Miałam nadzieję, że duże ilości płynu przyczynią się do wypłukania leków - futrzak wyglądał jak nieźle naćpany. Ok. 3.00 jeszcze leżał jak długi i nie bardzo go obchodziło co się wokół dzieje, ale do 7.00 już wyglądał zdecydowanie lepiej. Już obserwował ze swojego miejsca jak się doprowadzam do stanu używalności by wyjść z nim i pokazać się ludziom w świetle dziennym ;). Na dworze nawet próbował chwytać paszczą za smycz jak zwykle, choć widać po niepewnych, flegmatycznych ruchach że jeszcze skołowany jest mocno. W sumie "flegmatyczne" to rzecz wzglądna ;) - to co flegmatyczne u Goldiego, u innych psów byłoby szczytem szaleństwa :D.
No ale po powrocie do domu na hasło "zabawka" zareagował... choć trafił do michy wymachując ogonem, no i generalnie już żywszy taki.

Właśnie pałaszuje ze smakiem śniadanko :). A ja ... chyba należy mi się odpoczynek.

Dobrze, że mam urlop...

wtorek, 14 kwietnia 2009

Futrzasty alergik

To, że moje psisko ma reakcje alergiczne po użądleniu przez osę i trzeba z nim w takich sytuacjach pędzić do weta po zastrzyk - to już dla mnie norma. Dziś w niefortunny sposób dowiedziałam się, że goldeniasty nie toleruje również szczepienia p/leptospirozie.

Po miłej wizycie u weta, połączonej jak zawsze z dłuuugim spacerem, sądziłam że sprawa szczepień pomyślnie została załatwiona. Niestety po jakimś czasie biedaczysko spuchło mniej więcej jak po użądleniu osy. Trzeba było z psiskiem drugi raz do weta, gdzie dostał zastrzyk w żyłę... Kochany potwór i tak grzeczny był bardzo jak na długie poszukiwania dobrego miejsca wkłucia, bryzgającą krew po jego znalezieniu - pies zafutrzony jest bardzo (jak to golden), więc ciężko znaleźć bez golenia.

Miejmy nadzieję, że sytuacja opanowana. Niestety zwierzak nie powie sam co mu jest ani jak się czuje. Mam dziś "w nogach" jakieś 15 km co najmniej, do tego duży stres. Jednak moje zmęczenie to nic - jak nawiedzona ciągle sprawdzam jego samopoczucie. Czy opuchlizna wydaje się schodzić, czy mniej potrząsa głową, czy żywiej reaguje, czy reaguje na magiczne słowo "zabawka". Jednak po takiej dawce medykamentów trudno by nie był ospały - co mnie zawsze niepokoi strasznie, jako że przywykłam do psa w typie "ciężkiego przypadku ADHD".

Dobrze że w psiej apteczce zawsze jest dyżurne calcium pantothenicum, które podaje się m.in. psiakom alergikom przy najróżniejszych okazjach. Apteki pozamykane już były a i w tej sytuacji specyfik się przydaje wspomagająco.

Bezsenność w Gleiwitz

Zazwyczaj nie mogę spać ze stresu.
Po rozmowie z Nim stres mija i... nie mogę spać ze śmiechu.

Mam uzasadnione podejrzenia, że "dzięki" Niemu dorobię się kiedyś pięknego napisu na własnym nagrobku:


UMARŁA ZE ŚMIECHU
R.I.P.



A swoją drogą - piękna śmierć ;P

niedziela, 12 kwietnia 2009

Forget what we're told...



...before we get too old
show me a garden
that's bursting into life...

/"Chasing Cars" - Snow Patrol/


Generalnie wymarzony dziś dzień na spacery. Słonko grzeje, ciepełko, ludzie się uśmiechają, przyroda budzi się do życia, znajomi się rozmnażają... słowem sielsko i anielsko ;)


Na marginesie "Chasing cars" to całkiem ładny kawałek, a tekst cholernie prawdziwy :).




sobota, 11 kwietnia 2009

"Wesołnego" jajka

Właśnie tego nie znoszę w świętach - że ludzie robią z tego jedną wielką schizę. Człowiek idzie jak zwykle w sobotę po pieczywo i co zastaje? - zawijaną kolejkę aż za drzwi (zresztą ta kolejka podejrzanie się wydłużała już od okolic środy). Są dwa wyjścia - albo odstać swoje by kupić to co zwykło się jadać, albo pójść do mniej oblężonego sklepu i kupić coś, do smaku czego się nie przywykło. Nie wiem dlaczego ludziska przed świętami zachowują się jakby normalnie nic nie jedli, albo jakby te sklepy miały zniknąć czy coś... Przecież to TYLKO dwa wolne dni! Trochę dłuższy weekend.

Darowałam sobie stanie w innych kolejkach by kupić trochę jarzyn na obiad. Wolę przeżyć weekend na zupkach z paczki albo spaghetti zamiast wystawać po sklepach.

Mam wrażenie, że nie obchodząc świąt, de facto mam z nich więcej niż przeciętny człowiek, który je obchodzi. Szaleństwo, bieganina, kolejki i wystawanie przy garach plus uprzednie wywracanie całego domu do góry nogami - jakoś nie nastraja ani świątecznie, ani radośnie, ani rodzinnie, w konsekwencji - nawet nie gościnnie. Przecież wiadomo, że to za czym ludziska tak wystają po kolejkach - to dopiero początek. Reszta obróbki tego co nakupili - ma swój dalszy ciąg w domu.

Dlaczego po prostu nie zachowywać się jak w zwykły weekend, ugotować coś szybkiego, bo w piękną pogodę szkoda czasu na tracenie go w kuchni - czy zamiast tego nie lepiej pójść z bliskimi na spacer?

Ehh... no nic... wrzucam na luz a po normalne zakupy pójdę sobie po "świętach".

piątek, 10 kwietnia 2009

Ciekawostki językowe

Uwielbiam wynajdować podobieństwa między językami :D.
Dość ciekawe to zajęcie jak na mój gust ;P

[ES] el tío = [EL] thíos (ο θείος) --> [PL] wujek
[ES] la tía = [EL] thía (η θεία) --> [PL] ciocia
[ES] el baño = [EL] banio (το μπ'ανιο) --> [PL] łazienka
[ES] curioso = [EN] curious --> [PL] ciekawy/ciekawski


[EL] paputsia (τα παπο'υτσια) = [PL] buty
"papucie" w Polsce to wariant nazwy dla kapci :)

[PL] słaby --> UWAGA :D [ES] débil
(zwykłam lojalnie ostrzegać hiszpańskojęzycznych znajomych mieszkających w Polsce by lepiej nie mówili komuś po ichniemu że "słabo" wygląda - bo można zarobić w zęby)


[TR] vişne = [PL] wiśnia

[TR] kitap = [AR] kitab --> [PL] książka
[TR] dünya = [AR] dounya --> [PL] świat


--------------------
legenda ;)
[ES] hiszpański
[EL] grecki
[TR] turecki
[AR] arabski
[PL] wiadomo :)
[EN] angielski

Ja jestem naprawdę bogata

Jeśli znalazłszy się w potrzebie, ma się choć jedną osobę, do której można się zwrócić o pomoc - to naprawdę dobrze.

Jeśli w takiej sytuacji ma się świadomość, że wokół jest wiele takich osób, do których można "uderzyć" - jest się wielkim szczęściarzem.

Wniosek: Jestem wielką szczęściarą... :)


A tak na dobrą sprawę - człowiekowi niewiele potrzeba do szczęścia.

Ja jestem bogaty - Michał Bajor


Spójrz, ja jestem naprawdę bogaty...
bogaty...
Mam przecież gwiazdy na niebie i Ciebie, i kwiaty
Spójrz, to dla mnie samego zbyt wiele
podzielę...
skarby te na równe części dwie
przypadnie Tobie pół, pół mnie
(...)

Gdy słucham tego utworu - zaraz robi mi się jakoś cieplej na duszy :) - jest taki radosny i słoneczny...


Dla koneserów i entuzjastów - załączam playlistę z moimi ukochanymi utworami Michała Bajora:



Miłego słuchania ;)

środa, 8 kwietnia 2009

Telepracownik a telepresence

Zetknęłam się ostatnio z czymś takim jak „technologia telepresence” Cisco. Co to takiego? W skrócie rzecz ujmując – jest to zaawansowane narzędzie umożliwiające zdalną komunikację i współpracę. Aby się nie rozpisywać, lepiej po prostu pokażę o czym mowa :).


Cisco TelePresence


Invitation to See Cisco Telepresence
Zaletą tego rozwiązania jest fakt, że mamy wrażenie rzeczywistej obecności osoby/osób po drugiej stronie ekranu(ów) – obraz jest zawsze w rozmiarze rzeczywistym, jakość obrazu i dźwięku – doskonała. Wadą jest.. no właśnie ;) tak jak się domyślałam – ceny są równie powalające jak jakość, nawet w przypadku najbardziej „okrojonej” wersji pt. mały ekran. Koszt stworzenia specjalnego pokoju konferencyjnego z „oknem na zdalne biuro” to już kwoty astronomiczne.
Miło wiedzieć jakie istnieją możliwości ;). Ale pora zejść na ziemię i poszukać tańszych rozwiązań :).

Jak zatem zrobić „niskobudżetową” alternatywę dla telepresence?
Już od dawna przerabiam swoje "prywatne telepresence", które nazywam roboczo domowym, permanentnym big-brotherem (dobre rozwiązanie gdy zajdzie potrzeba rozłąki z kimś bliskim). Czyli wideokonferencje Skype, Live Messenger, Yahoo Messenger.
Zaleta? - zero nakładów finansowych.
Wada? - zajmuje ekran gdyby chciało się robić przy komputerze coś jeszcze poza patrzeniem na rozmówcę, no i czasem spowalnia aplikacje z rodziny kobylastych ;P.
Jednak jeśli chcieć to narzędzie zastosować w pracy, sprawne działanie i brak kolizji między obrazem wideo a oknami aplikacji to rzecz niezbędna. Czyli pojawia się kwestia wyprowadzenia sprawy poza komputer roboczy. A zatem szukamy możliwości:
1. osobny PeCet z włączonym messengerem (PC+kamera+głośniki+mikrofon), ale to:
  • dużo sprzętu
  • miejscożerne
  • prądożerne

2. laptop z kamerą

  • dużo mniej prądożerne niż PeCet
  • zabiera dużo mniej miejsca i można go przestawiać bez problemu
  • jeśli się ma kaprys, można wyprowadzić obraz na duży telewizor dla uzyskania większego obrazu (co zwiększa koszty, a jakość obrazu nadal taka, jaką przepuszcza komunikator).
ale za to jest:
  • drogie
  • trzeba uruchamiać cały system by włączyć aplikację (system z całym dobrodziejstwem inwentarza, tzn. konserwacją, administracją, antywirami, zaporami i innymi rozrywkami)


3. Mniejszym i tańszym rozwiązaniem niż laptop jest netbook (przekątna np. 8.9", 10") – tutaj też pozostaje problem startowania całego systemu dla uruchomienia aplikacji. No i jakoś nie spotkałam opcji wyprowadzania obrazu z netbooka na TV (najwyraźniej za słabiutkie by to pociągnąć)
/źródło obrazu: vobis.pl/





4. Trafiłam też na wideotelefon dedykowany dla Skype – to urządzenie pracujące niezależnie od komputera, ma wszystko czego potrzeba do prowadzenia wideokonferencji. Ma ekran niewielki co prawda bo 7-calowy o rozdzielczości 800 x 480 pikseli, ale za to można go postawić gdziekolwiek. Działa podłączone do kabla LAN lub łącząc się z routerem bezprzewodowym. No i można się spodziewać niewielkiej prądożerności. Do miana miejscożernych też się nie kwalifikuje. Nie trzeba się męczyć z systemem, antywirami itp., a po włączeniu urządzonka - po prostu startuje Skype.
/źródło obrazu: skype.com/

A tu filmidła:


AiGuru SV1


Video call using the Asus Ai Guru SV1 and Skype



Czyż nie wygląda trochę jak telepresence w miniaturze?
Może to nie to samo co wspomniana na początku technologia telepresence, ale i koszta jakieś takie... przystępniejsze :)

Generalnie chodzi o to, że używając wideokonferencji dajmy na to przez cały czas pracy w dwóch współpracujących, odległych od siebie biurach – można jednocześnie być w stałym kontakcie tak, jakby się pracowało przy tym samym biurku, czy też w tym samym pokoju. Można na bieżąco wymieniać się uwagami, widzieć się nawzajem, pokazać „sąsiadowi” szybko jakiś detal w celu skonsultowania lub uzyskania akceptacji. Słowem substytut fizycznej obecności, możliwość zdalnego uczestniczenia w „życiu” firmy/oddziału - zamiast urzędowania w charakterze współpracownika-widma, z racji bycia np. telepracownikiem lub pracownikiem innej, odległej filii.

Oczywiście ten kij ma dwa końce. Jak każde rozwiązanie – i to ma swoje dobre i złe strony.
Rozwiązanie jest dobre i pożyteczne – gdy jest stosowane jako narzędzie integrujące i ułatwiające interakcję między ludźmi współpracującymi.
Jest jednak złe – gdy stosowane w złej wierze, bez wyobraźni, jako narzędzie nadmiernej i chorej kontroli nadgorliwego szefa.

sobota, 4 kwietnia 2009

What a beautiful combination :)

A jednak rower + kudłaty pies zimą w jednym mieszkaniu to nie jest najszczęśliwsza kombinacja.
Kłaki w hamulcach i między linkami to pół biedy - jeszcze się wytnie. Ale zębatki, napinacz i łańcuch - to sama radość czyszczenia po prostu.

Usuwając psią sierść i zimowy puch podszerstkowy z warstwy smaru na kolejnych kołach zębatych, z rozrzewnieniem wspominałam mechanizm kompletnie zapchany błotem i piachem po zawodach kiedyś-tam (jak jeszcze piękną i młodą się było). Piach przynajmniej, skoro już wysechł nim został wypłukany pod ciśnieniem, to się jeszcze ładnie wykruszał przy przejechaniu szmatką, czyszcząc przy okazji starą warstwę smaru (zębatki-błysk). A tutaj? Ehh... masssakra.

No nic, sytuacja opanowana, konia z rzędem temu co te usmarowane łapki potem doczyści heh...
A już jutro - próbna przejażdżka w ramach przetestowania przerzutek. Mam nadzieję, że nie przyjdzie mi ich znowu regulować, bo jednoosobowo, za pomocą samych kombinerek i imbusa, bez naciągacza do linek - rączki odpaść mogą ;)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Wspólny mianownik

Po raz kolejny przekonuję się, że na nadto wierzgające dzieci, psy i... mężczyzn działa ten sam środek pacyfikujący w postaci "zabawy" w dobrą wróżkę i złą czarownicę :).

Natomiast w zależności od wagi problemu, stosuje się pochodne tej metody. Podstawa - ma być krótko, rzeczowo i na temat. Prosty, jasny i czytelny komunikat - inaczej przestanie rozumieć o czym się do niego rozmawia i w konsekwencji się wyłączy. Żadnych "żaluzji" i "między wierszami" - ON się naprawdę NIE domyśli. Żadnych neverending zrzędzeń, histerii i jątrzenia spraw zaprzeszłych i przyszłościowo-teraźniejszych domniemań, bo dość szybko jego wzrok zacznie błądzić w poszukiwaniu tabliczki z napisem "Exit", co przy rozmowie może działać rozpraszająco, a - jak nietrudno się domyślić - raczej prędzej niż później nie będzie już o czym, a przede wszystkim z kim prowadzić tej dyskusji (bo delikwent tę tabliczkę w końcu znajdzie), co może się okazać dużą niedogodnością ;)

A przecież wystarczy powiedzieć krótko:

1) co ci się w danym momencie nie spodobało
2) dlaczego ci się nie spodobało
3) czego oczekujesz w miejsce tego co ci się nie spodobało
4) jakie będą konsekwencje, jeśli:

  • nie wyjdzie naprzeciw tym oczekiwaniom
tudzież:
  • nie weźmie udziału w poszukiwaniu jakiegoś sensownego kompromisu

A potem się tego konsekwentnie trzymać :) I można zaraz wrócić "do normy" bez zbędnych dąsów i przeciągania struny. Oszczędność czasu, nerwów i energii.
Brzmi jak rady Superniani? Heh... nieeee no skądże znowu - zapewniam, że to świat relacji damsko-męskich ;)

Wreszcie można się urwać z domu

Nie żeby nie można było wcześniej, ale przy takich założeniach jakoś milej :)
Dzisiejszy screen :) (fragment znaczy się) - czyż to nie piękna perspektywa?



Byle do weekendu i ... na rowerek :)) Już bliżej niż dalej :)

środa, 1 kwietnia 2009

Prima aprilis

Możecie się śmiać, ale na chwilę autentycznie zgłupiałam :D Wchodzę z poważnym nastawieniem na włączenie jakiejś playlisty, pasującej do żmudnej dłubaniny w pracy i własnych, smutnych dziś rozmyślań egzystencjalnych, a tu ...


Jako że wcale mi dziś nie do śmiechu, pomyślałam, że fakt, iż nie wiem co czytam,to może efekt nadmiernego wkurzenia. No ale koniec końców - to pierwsza rzecz, która mnie dziś ubawiła... A zwłaszcza wskazówki dotyczące korzystania z nowego układu:



Choć przyznaję bez bicia, że od rana zastanawiam się czy w ramach kawału nie zrobić czegoś okropicznego chłopakom z pracy... ale z racji wisielczego humoru, jak i mojego zawodu - obawiam się, że mogłoby to być niebezpiecznie okropiczne ;) więc lepiej sobie dam spokój z żartami na smutno.